niedziela, 20 grudnia 2009

Święta idą...

Święta Bożego Narodzenia tuż tuż... Taki dobry spokojny czas. Jestem bardzo zmęczona. Praca, scrapki, dom i coraz bardziej wymagający i czasozajmujacy synek. Malowanie, wycinanie, gotowanie, klejenie, budowanie, robienie zadań, granie, puzzle, lego, tory, naklejki, i tak w koło macieju, noż oszaleć można.

Marzy mi się weekend samotny, spacery, relaks, cisza, sen, ale nie wiem, czy uda mi się to zrealizować. Nie wiem jak. Nie wiem kiedy. Na razie muszę się cieszyć wieczorami. A czasem staniem w korku. hihihi Ostatnia aura ku temu sprzyja:/ Nie znoszę korków.

Wczoraj z synem ubraliśmy choinkę. Pan Mąż założył lampki. Pięknie jest. I niech tak zostanie.






poniedziałek, 14 września 2009

Pyłek chyba pecha ma:/

Jeżeli istnieje coś takiego jak pech, to z całą pewnością można powiedzieć, że Pyłek go ostatnio ma. Nic mu nie idzie. Jego dodatek w gazecie został wywalony we wrześniu, bo Pyłek ma chorego syna i się nie wyrobił z wysyłaniem tekstów 2 tygodnie przed publikacją... A miał iść w ten piątek...

A na dodatek wczoraj Pyłek dostał mandat. Buuuuuu Za prędkość. Pyłek sobie jechał, by odwieźć męża do pracy, szeroką, trzypasmową drogą, gdzie jakiś debil postawił ograniczenie do 50 km/h. Tam powinno być minimum 60! Albo nawet 70 dozwolone wrrr. Ale jak policjant Pyłka, który przekroczył dozwoloną prędkość dwa razy, zobaczył, to powiedział "No, kobiety też potrafią!". Wrrrrr Dlaczego wszyscy mężczyźni uważają, że kobiety nie umieją jeździć! To, że większość nie umie, nie znaczy, że wszystkie nie umieją! Wrrrr I dlaczego policjanci łapią tylko za prędkość w miejscach, gdzie jechanie 100 km/h nikomu nie zagraża, a nie zajmują się tymi, co jeżdżą na czerwonym, co wyprzedzają na pasach, kiedy jest na nich pieszy, co skręcają na zakazach i robią inne sztuki, zagrażające naszemu życiu??? Tylko potrafią stać z radarem w krzakach i nic więcej. No czasem jeszcze wlepiają mandaty za złe parkowanie w centrum miasta, gdzie miejsc parkingowych jest jak na lekarstwo. Wrrrrrr Nie lubię drogówki! I żądam odebrania wszystkim mundurowym wcześniejszych emerytur! Niech pracują jak wszyscy porządni ludzie do normalnego wieku emerytalnego! To oni wykańczają nas system emerytalny i budżet państwa! We wszystkich cywilizowanych krajach pracują jak wszyscy! I u nas tak powinno być.

No i poza tym Pyłka nie chcą w pewnym sklepie:/ Już Pyłek nie chce więcej złych wiadomości!

I storczyk Pyłka się złamał. Buuuuuuuu


środa, 19 sierpnia 2009

Pyłek powróci

Przepraszam za nieobecność. Wiele się dzieje. Dobrego! Nie ma czasu na blogi. Ale będzie.

wtorek, 30 czerwca 2009

Nie, nie, nie!

Znaczy powinien tytuł brzmieć „tak, tak, tak”. Bo Pyłek kocha Kościół! Kościół przez duże „K”. Kościół, który założył Pan Jezus, Kościół, gdzie swoje miejsce ma Papież – obecnie wspaniały Benedykt XVI, biskupi, księża i wszystkie pyłki tej ziemi ochrzczone i te, co ochrzczone być pragną. Kościół świętych, którzy jak Joanna D`Arc walczą zaciekle o wolność i prawdę, świętych, którzy jak Faustyna w szarości dnia codziennego pokazują nam Boże Miłosierdzie przez służbę wobec biednych, kalekich, osieroconych dzieci i zagubionych w nałogach ludzi, świętych, którzy jak o. Pio niestrudzenie walczą o nasze dusze. Pyłek kocha Kościół grzeszników (wśród których pewnie pierwszy jest Pyłek), co nie wiedzą czasem, jak żyć mają, co nie wiedzą, gdzie jest prawdą, co Bogu nie dowierzają może… dla których są przykazania za trudne, a modlitwa za nudna… Pyłek kocha Kościół wszystkich szaraczków, co po prostu starają się dobrze żyć i nie wyróżniać w tłumie, i chcą czasem dobrze i czasem nie wychodzi. Bo w Kościele znajdzie się miejsce dla każdego, kto szczerze chce w nim być.

Spodobało się Jezusowi zbawiać nas nie inaczej jak przez Kościół. I proszę tu Pyłkowi nie imputować, że jakoby uważał, by było inaczej. Nie, nie, nie. Bo choć Pyłek wczoraj pisał, że nie najważniejsze są wizyty w sanktuariach, a prawdziwa łączność z Jezusem, żywym Bogiem, to jednak w domyśle miał Pyłek „w Kościele”. Może ten domysł nie był aż tak czytelny, jak wymagała by tego klarowność wypowiedzi… I tylko w Kościele znajdziemy pełne osobiste spotkanie z Bogiem – w sakramentach, a przede wszystkim w Eucharystii.

niedziela, 28 czerwca 2009

Ludzka życzliwość nie zna granic...

Pyłek ostatnio stronił od własnego bloga z prozaicznego powodu, że nic inteligentnego do powiedzenia nie miał. Nie to żeby wszystko, co było napisane, było na poziomie IQ co najmniej Dody, ale pisać, by pisać nie mam sensu, bo się okaże, że czytać, by czytać nie będzie komu! Choć w sumie podobno bloga pisze się dla siebie, nie dla uznania publiki, to jednak Pyłka cieszy każda dusza, co przed Bogiem i ludźmi przyzna się do podglądania Pyłkowego bloga.

Więc Pyłek ostatnio cierpi na brak inteligentnych pomysłów, bo wypruwa sobie żyły w pracy. Nie ma szefa Pyłka. Pyłek sam uprawia poletko. Więc pracy jest dwa razy więcej. Nie to, żeby Pyłek narzekał, nie, ale, zawsze jest jakieś ale, Pyłek dziś miał wredny dzień.

W sumie w Kościele zarówno polskim, jak i powszechnym działo się wiele. Nie dość, że na prawdę było, o czym pisać, o czym milczeć z braku miejsca, a szkoda!, to jeszcze wieczorem nasz kochany Papież Benedykt XVI ogłosił na zakończenie Roku św. Pawła, że archeolodzy watykańscy zrobili badania, jakieś lasery, bajery i izotop węgla C13 i co się okazało? Potwierdziło się prawdopodobnie przypuszczenie i dwu tysiącletnia wiara Kościoła, że pod Bazyliką św. Pawła za Murami w Rzymie leżą szczątki Apostoła Narodów. Pyłek napisał o tym, bo to nawet ciekawe, choć przecież nie pewne na 100 %, bo DNA Pawła nie mają. Ale. Ale zaraz ktoś w redakcji wymyślił, żeby to na czołówkę dać. Pyłek się zbuntował, bo już w domu z synem siedział, a do tego Pyłek nie uważa tego, za coś czołówkowego. No ale Pyłkowi się za to oberwało. Wrrr. Niesprawiedliwie. Bo jak się jest jedyną osobą w dziale na tę chwilę, to zawojować świata się nie da.

Ale gdyby to było istotne, to by Pyłek zawojował, a przynajmniej by próbował, bo jednak Pyłek lubi swoją pracę. Ale Pyłek nadal uważa, że to dla osoby mającej pisać o wierze, to mniej istotne. To info dla archeologów bardziej niż teologów. Bo wiara to nie relikwie, to nie miejsca święte, to nie odwiedzenie sanktuariów, bazylik, nawet Golgoty, Ziemi Świętej, ale to żywa łączność z Chrystusem, to relacja z Bogiem, to radykalna przemiana życia dla Niego. Z całym szacunkiem, ale znalezienie szczątków Apostoła, czy raczej "prawdopodobne potwierdzenie dwu tysiącletniej wiary w to, że tam jest", nic nie zmienia w moim szacunku do tego świętego, nie wyjaśnia mi jego pism, nie przybliża mi jego przesłania. Kocham go jak kochałam go wcześniej.

Ale w ludzi trzeba wierzyć, choć wbijają szpile, gdy tylko odwrócisz oczy... bo nawet kaktus, jak zechce, to zakwitnie!

niedziela, 14 czerwca 2009

Pyłek miał urlop

Pyłek cieszy się właśnie ostatnimi godzinami urlopu. Pyłkowe dziecię śpi. Telewizor się popsuł. Po ulewnych dniach wyszło słońce. Pięknie jest.
Pyłek ostatnio nieobecny był w wirtualnym świecie, a to z racji tej, że siostra Pyłkowa przybyła do kraju tego mlekiem i miodem płynącego, czyli deszczem i wiatrem. A że siostra przybywa 2 razy do roku, w porywach trzy, czas cały trzeba było po brzegi wypełnić różnymi zbożnymi lub mniej zajęciami. Tak więc najwięcej czasu spędzały na zakupach, piciu kawy i piwa (Pyłek piwa nie pił, bo ciągle za kierowcę robił), kupowaniu i jedzeniu. Normalnie się Pyłek przejadł ostatni tydzień... Pobyt u dziadków dziecięcia Pyłkowego źle służy odchudzaniu... A Pyłek przecież musi! No nic. Teraz będzie się trza wziąć do roboty.

A roboty jest dużo, bo Pyłek postanowił zrobić salon! Tak. Pyłek z Panem Mężem od dawna mieszka we własnym gniazdku, które jest nawet urządzone, nie wliczając salonu, tfuu pokoju dziennego, bo do salonu mu dużo metrów brakuje:/ No ale ważne, że własne, tffuuuu bankowe. Ważne, że prawie własne.

W każdym razie zakupione zostały zasłonki, farba stoi i czeka, listwy przypodłogowe też, karnisze do wyżej wymienionych zasłonek też. Wszystko jest, tylko trza czekać, aż czas się i ochota znajdą! A znaleźć się muszą i kropka! Pyłek ma dość tymczasowości własnego salonu i tłumaczenia owej każdemu gościowi, a takowych przybywa!

Zatem, do roboty!

niedziela, 24 maja 2009

Pyłek pyłkowi wilkiem

Pyłek ostatnio zaniedbał własnego bloga, co było do przewidzenia. Powrót do normalnej rzeczywistości zawsze jest dla Pyłka trudny, bo Pyłek stałość lubi. A do tego normalna rzeczywistość jest trudna. Szef egoista. Ma w nosie nie tylko Pyłka, ale także osoby spoza jego działu i bez najmniejszego oporu wykorzystuje je do swoich egoistycznych celów. Sąsiedzi egoiści. W sobotę wieczorem, już po 18. wzięli się za wiercenie dziur w ścianach, co Pyłek uważa za czyste chamstwo, bo wiadomo, że w sobotę wieczorem to każdy albo odpoczywa, albo się bawi i słuchanie wiertarki i jęków cierpiącej ściany nikogo nie kręci. Dziecię egoista. Cały dzień żąda mamusinego bądź tatusinego „lapoka” do prywatnej li tylko przyjemności oglądania ulubionego serialu w Internecie na jutubie, w jakości niegodnej ludzkiego oka.

A przecież wszyscy jesteśmy pyłkami we wszechświecie. Nikt nie lepszy czy gorszy, nikt nie ma więcej praw niż inni, ani mniej. Jak przyszliśmy, tak przeminiemy. Nie zabierzemy do grobu ani złotych monet - i nie ważne czy zdobytych uczciwie czy nie, ani ukradzionego innym czasu, ani radości z nieszczęścia innych... Czyż nie lepiej karmić swoją duszę dobrem, pięknem, miłością, przyjaźnią? A przynajmniej uczciwością i sprawiedliwością?
Pyłkowi żal ludzi pełnych gniewu, nienawiści do innych i egoizmu, zapatrzenia się we własne czarne serce, a nawet tylko poczerniałe.

Pewnie zaraz padnie pytanie, czy Pyłek sam nie jest egoistą. A i owszem, Pyłek odpowie, że tak, bo każdy nim być powinien w pewnym stopniu, choć może ideałem chrześcijańskiej ascezy jest postawa bycia prochem, nie pyłkiem, bo pyłek to jednak aspiruje w górę, a proch już nie… W każdym razie Pyłek jest egoistą, gdy wylegiwując się na kanapie, prosi współmałżonka o to i owo, by podał, gdy zjada cichaczem ostatni kęs pysznego ciasta, gdy zagarnia dla siebie większą część ciepłej kołdry…
I tak Pyłek w swoją prywatną niedzielę, jaką była wczorajsza sobota, nie odpoczął wcale. Bardziej się zmęczył raczej i dziś musiał w tak wyduźdanym stanie stawić się pracy. Pyłek liczy tylko jeszcze na chwilę przytulenia do Jezusowego serca w czasie wieczornej Eucharystii i ma nadzieję, że wieczór już będzie piękny.

poniedziałek, 18 maja 2009

Dom, domek, domeczek

Jak dobrze być w domu! Pyłek dawno tak się nie cieszył z pobytu w domu, jak teraz. Z własnego łóżka i własnej łazienki. Z sympatycznych sąsiadów, którzy czekali razem z Panem Mężem i Dziecięciem, by Pyłka powitać w kraju. Pyłka zawiało daleko, może za daleko. Może Pyłek się starzeje... ehehhehe Następnym razem wyjeżdża Pyłek tylko ze swoimi chłopakami, nie z obcymi!

Dziś Pyłka w pracy wszyscy pytali, jak było "na wycieczce"?!? Nie dość, że Pyłek spał po 6 godzina na dobę, a do w miarę normalnego funkcjonowania Pyłek potrzebuje minimum 10! Nie dość, że jedzenie Pyłkowi bardziej szkodziło niż wspomagało i brzuch Pyłka średnio co drugi dzień stawał się polem jakiejś poważnej bitwy. Nie dość, że Pyłek nie dojadał i przez to był słaby jak na porządnego Pyłka przystało i czasem ledwo wlókł swoje cinkie kończyny dolne pod górę, a gór w Ziemi Świętej nie brakuje. Nie dość, że pracował non spot przez 15 dni, bez chwili wytchnienia i niemyślenia o robocie, to jeszcze przyjdzie taka dziumdzia, co nos z redakcji wystawia raz na dwa lata i pyta się o wakacje Pyłka! Noż, Pyłek myślał, że kopnie w cztery litery! Ładna mi wycieczka. Wrrr Udusić, wytarmosić za uszy, wysłać kopniakiem na taką wycieczkę!

Znaczy Ziemia Święta jest piękna. Widoki, którymi Pyłek nakarmił oczęta i serce, na długo pozostaną w pamięci Pyłka... Ale... Ale po pierwsze nie było czasu na głębszą refleksję, na modlitwę, na dotknięcie tej Piątej Ewangelii, a po drugie nie było sensu pyłkowego życia - dwóch panów... I masz babo Pyłka. A każdy Pyłek - jak wiadomo powszechnie - bez sensu życia jest bezsensowny, marudny, zagubiony, złośliwy i wredny.

Niestety, Pyłkowe blogowanie ma jeden bardzo negatywny skutek (może ma więcej, ale na razie Pyłek o tym nie wie). Mianowicie, Pyłek nie ma ochoty opowiadać o swoich wojażach. Umysł Pyłka zarejestrował wywnętrznienie i koniec bomba, kto nie czytał, ten trąba. A trąb jest wiele, bo adres Pyłkowych wywodów jest tajny i zdecydowanie więcej go nie zna, niż zna. Amen.

A tu Pyłkowa radość - kwiatki w Pyłkowym ogródku:

niedziela, 17 maja 2009

Dzień dwunasty – koniec męki

Wstałam o świcie, wcale nie bez trudu, na umówioną 7.30 na śniadanie. Dziś trzeba wcześniej, bo wcześniej zaczynają się punkty programu papieskiego. Wykąpałam się, spakowałam, naszykowałam, wypachniłam, wymalowałam, 3 razy się przebrałam, bo okazało się, że mam zbyt jeszcze spalone rączki (choć już nie bolą wcale), by zakładać krótki rękaw. Pukam do drzwi moich towarzyszy niedoli. I co?
Siedząc na lotnisku w Zurychu napisałam tu końcówkę, ale coś źle zrobiłam i szlag to trafił. Nic, tak wyraźnie miało być!
Amen

piątek, 15 maja 2009

Dzień jedenasty

Już jestem bardzo zmęczona, choć ten dzień był najmniej męczący. Wieczorem nie bolało mnie nic a nic. Ani stopy, ani mięśnie, ani spalone betlejemskim słońcem rączki, ani brzuch, ani żołądek, ani głowa. Nic. Gdyby nie zawalone uczuleniem oko – byłoby idealnie. Ale i tak jestem zadowolona i tryskam energią. Dzień cały Boży spędziliśmy w centrum prasowym. Praca. Praca. Praca. Nie wydarzyło się nic szczególnego, oprócz wielkiej kłótni moich kolegów. Kolega numer jeden, z którym już nieraz jeździłam na różne wyjazdy, kłócił się z kolegą numer dwa, z którym jestem po raz pierwszy, więc dopiero obserwuję jego zachowanie i wyciągam pierwsze wnioski. Kolega numer jeden to naprawdę fajny facet, którego bardzo lubię. Możemy sobie pogadać, powygłupiać się, pożartować, pośmiać się. Ale to pryszcz, bo z kolegą numer dwa też można to robić. Ale kolega numer jeden ma wielką przewagę, którą sobie bardzo cenię u ludzi. A mianowicie troszczy się o innych. Sam pomyśli, jak może pomóc, jak sprawić przyjemność, jak podzielić się z towarzyszem niedoli tym, co ma. Wszystko robi bezinteresownie. Widzi, że druga osoba się źle czuje, pyta, szuka pomocy, pomoże. Z taką osobą dobrze wyjeżdżać na takie delegacje, bo człowiek wie, że w razie czego ktoś mu pomoże. Natomiast kolega numer dwa jest trochę inny. Idzie do przodu, nie odwracając się do tyłu, czy reszta wycieczki też idzie. Nie widzi problemów. On ma PLAN i przyjechał tu, by go wykonać. Nawet za cenę jakiegoś dobra innych. I nie znoszę takiej postawy. Nie znoszę nie myślenia o innych. Nie mówię o całym wielkim świecie. Mówię o tych, z którymi pracujemy, z którymi przebywamy w tym momencie 24 godziny na dobę, z którymi jemy wszystkie posiłki, z którymi pracujemy i odpoczywamy po ciężkim dniu. Nawet jeżeli wcześniej byliśmy sobie obcy, już tacy nie jesteśmy. No więc w owej kłótni musiałam poprzeć kolegę numer jeden i jakoś go wesprzeć. Bo kurde felek przyjechał tyle kilometrów tutaj, by się nudzić. Super.
W każdym razie jak już kłótnia się skończyła, kolega numer dwa oddalił się od nas, chyba na chwilę refleksji, choć nie wiem, a my z kolegą numer jeden udaliśmy się do hotelu. Tym razem udało się bez problemów.
I ot nudy u mnie.

A urodziny męża przeżyłam z dala od niego. A 33 lata to nie przelewki!

czwartek, 14 maja 2009

Dzień dziesiąty

Poranna pobudka była wyjątkowo trudna. Ale nie było wyjścia. Jesteśmy w Betlejem. O 10.00 Msza z Papieżem na placu Żłóbka. Piękne jest Betlejem. Aż trudno uwierzyć, że było tak zniszczone po ostatniej intifadzie.
Autonomia Palestyńska zupełnie inaczej witała Ojca Świętego. Tu pełno flag, plakatów i bannerów. Tu jest dużo więcej chrześcijan. Widać inną atmosferę. Znajomy ksiądz pomógł nam dostać się w super miejsce blisko ołtarza. Cały czas widziałam Papieża. Czasami musiałam tylko stanąć na własnym krześle. Kolega zostawił mi dużo lepszy obiektyw niż mój własny, dzięki czemu mogłam sobie radośnie robić fotki!
Słońce spaliło mi skórę. Mam czerwone rączki i twarz. Teraz wyglądam jak siedem nieszczęść dopiero. Coż, jak nie urok, to...
Po Mszy i pisaniu tekstu musieliśmy wrócić do Jerozolimy. Opatrzność nad nami czuwała! Najpierw taksówkarz nas wywiózł na inne przejście, bo to, na które chcieliśmy dotrzeć, by nie wiadomo, na jak długo zamknięte z powodu przejazdu Papieża... Tam spotkaliśmy niemieckiego publicystę katolickiego z sekretarką, która znała polski, którzy nas swoim autem zawieźli do Jerozolimy... Super. Odeszło nam szukanie śmierdzących szerutów (czytaj: autobusów). Ale w samym Jerusalem zaczęły się schody. Sił na spacer na naszą Górę Oliwną nie mieliśmy, więc postanowiliśmy szukać taxi. Taxi w końcu znaleźliśmy, ale nasz dojazd był utrudniony, bo drogi dojazdowe do Góry Oliwnej były zablokowane przez kolumnę papieską i żołnierzy ją ochraniających. Ale na szczęście trafiliśmy na takiego taksówkarza, któremu się chciało kombinować, bo tutaj to nie takie oczywiste... Cudem dotarliśmy do hotelu. Tym razem mam słaby widok z pokoju:/ Padłam jak mucha.

Betlejem. Miasto wiecznego Bożego Narodzenia:









Dzień dziewiąty cd.

Dzień był okropny. Już do wieczora czułam się fatalnie. Do tego doszło osłabienie związane z niespożywaniem żadnych posiłków od śniadania dnia ósmego. Nie popracowałam wiele. Nie miałam siły pracować. Próbowaliśmy z kolegą dostać się na Mszę w Dolinie Jozafata, ale nasz nie wpuścili, więc poszliśmy do Bazyliki Grobu Bożego. Było bardzo mało ludzi. Mogliśmy się spokojnie pomodlić, wejść do grobu, na spokojnie, w ciszy, bez zgiełku i tłumów. We wszystkich poleconych mi intencjach odmówiłam między innymi Koronkę do Miłosierdzia Bożego przy skale, gdzie Jezus został ukrzyżowany.
Dzień zakończony ogromnym zmęczeniem i lampką wina w Betlejem.

wtorek, 12 maja 2009

Dzień dziewiąty

Znowu jestem umierająca. Może dobrze, że wczoraj nic nie jadłam, bo pewnie bym nie wychodziła z restroomu. Zaraz idziemy na śniadanie. Łyknę sobie herbatę z enterolem. Mam nadzieję, że szybko przejdzie ten okropny ból brzucha.
Do bólu brzucha doszedł potworny ból głowy... Umrę dzisiaj na pewno. Pochowajcie mnie na Górze Oliwnej.

Dzień ósmy

To był bardzo pracowity dzień. Zaczęliśmy go do poszukiwania centrum prasowego i odbierania wszelkiej maści przepustek. Dzięki temu teraz chodzimy obwieszeni jak choinka... Znaleźliśmy centrum prasowe dla zagranicznej prasy. Okazało się, że mieści się w budynku miejscowego ratusza. Salę do pisania mamy na sali obrad urzędu miasta. Całkiem ładna i napoje za darmo, net działa, więc jest wszystko, co dziennikarze lubią najbardziej. Cały dzień nam zszedł na pisaniu, zrobiłam wywiad z merem Jerozolimy, na koniec jeszcze była mała afera, dzięki której wyszliśmy 2 godziny później niż planowaliśmy i ominęła nas kolacja. I obiad też. Cóż, nie samym chlebem żyje człowiek...
Straszny był natomiast tak późny powrót do hotelu. Coby nie narażać redakcji na straty postanowiliśmy pójść piechotą przez Stare Miasto urokliwe pustym wieczorem. Ale nie obyło się bez zaczepek, gwizdania i niedwuznacznych uwag wobec mojej skromnej osoby. Naprawdę nie było mi przyjemnie.

poniedziałek, 11 maja 2009

Dzień siódmy

To był kolejny trudny dzień. Teraz już leżę spokojnie w łóżeczku. Jest prawie 22. naszego czasu, czyli 21. polskiego. Najedzona, umyta, z dobrym samopoczuciem. W Jerusalem! Wróciliśmy do tego niesamowitego miasta. Ale po kolei.

Rano wstaliśmy przed 4! Czyli przed 3. czasu warszawskiego. Półprzytomni pojechaliśmy do centrum prasowego. Na szczęście Amdżad nas nie zawiódł i przyjechał o czasie. Też mało przytomny.
Potem praca. Msza św., w której nie uczestniczyłam, tylko którą obserwowałam... Dziś niedziela, a ja nie byłam na Eucharystii. Nie dość, że jestem w Ziemi Świętej i powinnam – jak to mówił Benedykt XVI i prosił by się modlono w tej intencji za niego – odnowić ducha, ożywiać moją wiarę i miłość do Jezusa. A ja nie dość, że nie mam czasu ani sił na modlitwę, to jeszcze na Eucharystii w niedzielę nie byłam. Smutno mi, Jezu. Przecież nie można całe życie wszystkiego tłumaczyć pracą...
O 14. wyruszyliśmy w drogę do Izraela. Drogę przez mękę... Na dobry początek Amdżad poczęstował nasz pysznymi czekoladkami. Mniam. To się nazywa dobry taxi driver! Jechaliśmy długo, bo ze 100 km mieliśmy do pokonania. Od początku się jakoś utarło, że siedzę z przodu, więc i dziś siedziałam. A że Amdżad był bardzo sympatyczny, miło sobie rozmawialiśmy, a chłopaki z tyłu spali. Robiłam fotki pięknej Jordanuii Z pewnym żalem opuszczałam ten kraj... ale co zrobić. Kolejne wyzwanie czeka.
Jordania to kraj pustynno-górzysty. Piękne krajobrazy, pustynia, góry, rzeka Jordan w najszerszym miejscu mająca 2 metry mniej więcej szerokości (mierząc na oko z samochodu). Ciekawe, że na filmach o Jezusie pokazywana jest jako straaaaaaasznie szeroka... Amman – stolica – cała z kolorze piasku. Budowana ze skał na których stoi. Piękna i surowa. Biedna i bogata. Najpiękniejsza w zachodzącym słońcu. Ulice rzadko są równe. Raz się wznoszą wysoko ku górze, by ukazać oczom cudne widoki, a zaraz gwałtownie spadają. Sztuka jeździć po takim mieście autem. Jeszcze większa sztuka spacerować... Droga do granicy była piękna. Po pokręconych górskich drogach można było podziwiać cudowne widoki. Po lewej mieliśmy Izrael, w którego progi zmierzaliśmy. Jordania taka spokojna...
Całą drogę rozmawiałam sobie z taksówkarzem naszym. Powiedział, że będzie za nami tęsknił, bo mu było z nami bardzo miło. Dobrze to słyszeć, bo zmuszaliśmy go do wczesnego wstawania i późnego chodzenia spać. Ale się troszczył o nas. Dobry chłopak. Sam dziś do nas zadzwonił, o której przyjechać. Pokazywał nam tajne sklepy, w których można kupić alkohol. Pomógł mi znaleźć magnesy na lodówkę dla sąsiada. Sam nas znalazł na ulicach Ammanu i zapytał, czy nie chcemy taxi, choć kolega pchał się już do innej. Ale myślę, że Amdżad był naszym aniołem stróżem w tym szalonym mieście.
Wraz z pożegnaniem naszego anioła zaczęło się piekiełko przejścia przez granicę. Ja dziecko bądź co bądź Europy, gdzie najbardziej bulwersujące w przechodzeniu przez granice jest ściąganie butów, tu doświadczyłam czegoś nowego. Amdżad – po minięciu 4 (słownie: czterech) check-pointów - zawiózł nas do pierwszej bramy. Tam musieliśmy wziąć specjalną taksówkę, którą się dojeżdża do granicy... jordańskiej. Kontrola na bramie. Dalej prześwietlanie bagaży. Pan taksówkarz nie zamykał nawet bagażnika... dalej granica jordańska. Kontrola szósta paszportów, opłata za znaczek, wyjaśnienie, po co się było w Jordanii, zdjęcie, odcisk kciuka i do autobusu. Trzeba kupić bilet na autobus, który zawiezie nas do granicy izraelskiej. Po drodze 2 kolejne kontrole paszportów. Nie wiedzieć czemu dłuższą chwilę stoimy w autokarze. Przymknęłam zmęczone i ciężkie powieki. Zasnęłam. To wtedy kazali wychodzić. Ok. Granica izraelska. My na końcu kolejki. Najpierw stos pytań. Po co byliśmy w Jordanii, skąd się znamy, po co jedziemy do Izraela, na jak długo, dokąd, gdzie będziemy mieszkać. Potem kontrola paszportu i oglądanie bagaży. Na komendę ustawianie na żółtej linii. Chłopaki mieli przetrzepane wszystko, fotoreporterowi zajrzeli do każdego obiektywu, drugiego kolegę oskarżyli, że w materiałach prasowych z Jordanii przewozi cuda na kiju. Matko. Z pół godziny się zeszło. Na szczęście moje bagaże nie wywołały ich najmniejszego zainteresowania. Zresztą zawsze budziłam ufność we wszelakiej maści stróżach prawa... A potem co? Kontrola paszportu. I tona pytań. A po co jedziecie do Izraela, na jak długo, czy do Polski papież nie przyjeżdża, że się pałętamy po świecie... No ale się udało. Musiało się udać, bo pokoje cele tylko mamy. I z granicy już taksówką do hotelu. A potem już tylko lepiej... Północ Izraela – Galilea – jest przepiękna. Dużo bujnej roślinności, kwiatów we wszystkich kolorach i cudowne fioletowe drzewo. Niestety nie udało mi się go sfotografować. Szkoda. Jechaliśmy alejami z palm i innych drzew. Patrzyliśmy po lewej stronie na opuszczoną Jordanię... Dalej Samaria. Góry i pustynia. Puste drogi. U nas takich już chyba nie ma. Karmiłam swe oczy dogasającym słońcem i pięknem tej ziemi. Szkoda tylko, że taksówkarz nie był tak porządny jak Amdżad i miał strasznie brudną przednią szybę i nie mogłam fotek robić! Skandal! W sumie to był kolejny piękny dzień.
To pisał Pyłek... Pyłek z nieba zauroczony Ziemią... Ziemią Świętą...

Dzień szósty - foty

Papież w katedrze melchickiej podczas tradcyjnych Niezsporów:






Jordan Times o papieskiej wizycie dzień przed:

niedziela, 10 maja 2009

Dzień szósty cd.

Wczorajszy dzień znowu zakończył się późno. Po południu pojechaliśmy do katedry na Nieszpory. Najpierw nas i fotografów usadzili w kącie z tyłu... Bez szans na ładne zdjęcie. Ale potem życzliwa pani przemyślała sprawę i pozwoliła fotoreporterom podchodzić bliżej i w lepsze miejsca. A że ja też miałam aparacik. To mi pozwoliła stanąć między kwiatowym łukiem powitalnym a kolumną... Dzięki temu byłam metr od barierek oddzielających od przejścia Papieża. W drodze rozmów i pogaduszek przed przybyciem Benedykta XVI zaprzyjaźniłam się z siostrami zakonnymi, co tam stały i Jordańczykami. Siostra pozwoliła mi wejść na swoje krzesło, cobym mogła zrobić piękną fotę. Już tam nikomu nie tłumaczyłam, że ja tylko prywatnie fotografuję... Ważne, że se podeszłam bliżej. Bo o ile Jan Paweł II głaskał mnie po policzku to blisko Benedykta jeszcze nie byłam. W Lourdes całą pielgrzymkę przesiedziałam w centrum prasowym... W każdym razie póki nie było Papieża, wszyscy przejawiali się zdrowym rozsądkiem i przyjaźnią. Jedna Jordanka pozwoliła mi oprzeć się o jej ramiona, bym nie zleciała na łeb na szyję z tego krzesła. Ale gdy przyjechał Ojciec Święty, to już był Meksyk. Wszyscy potracili rozum i zdrowy rozsądek i rzucili się w jego kierunku, by go dotknąć... Stratowali mnie strasznie, ów miło zakonnica w jakimś szale wpadła na krzesło, na którym stałam przecież ja, i zdeptała moje dwie bardzo delikatne stopy... Boże, jak dobrze, że nie miałam sandałek. Jakaś Jordanka w szpilkach też wymyśliła, że wlezie na to krzesło, na którym stałam już ja i owa zakonnica, więc już tylko czekałam, aż krzesło się rozpadnie, a ja wraz z nim i moim kochanym aparatem... Zamieszanie trwało parę sekund. Zakonnica szczęśliwa, bo po raz drugi w życiu dotknęła ręki Papieża. Radości nie było końca... Zamieszanie trwało kilkanaście sekund... Nigdy więcej! I tak nie zrobiłam dobrego zdjęcia....
W każdym razie jeśli chodzi o głośność wrzasków i okrzyków „Viva il papa” zakonnice zdecydowanie przodują. Nie wiem, skąd w ich chudych zazwyczaj i smaganych postami ciałach tyle siły i werwy... Ech, to musi być nadprzyrodzone!
Kocham naszego Papieża i popieram go całym sercem. Ale dotykać go nie muszę. Ani dać się tratować jak kot na autostradzie hihiih. No dobra, drastycznie porównanie z lekka, ale gdy dodać do tego moją wrodzoną nadwrażliwość, lęk przed obcymi, lęk przed dotykiem kogoś obcego i jeszcze inne lęki, mniej więcej czułam się jak ten nieszczęsny kot! Tylko on szczęśliwszy, bo świadomości tratowania nie ma!
Po zamieszaniu opuściłam swój kącik i usiadłam w ławce, napiłam się wody dla odzyskania równowagi ciała i ducha i już dalej mogłam spokojnie się modlić. Musiałam się modlić sama, po swojemu, bo nic nie rozumiałam...
W pewnym momencie zobaczyłam, że stojący przede mną fotoreporterzy wymieniają się obiektywami, a ja miałam przy sobie tylko jeden maleńki obiektywik, więc Papież na moich fotach wyglądał jak biała mrówka. Mój kolega z torbą obiektywów, które mi czasem pożycza, był na chórze, więc wymyśliłam plan. A że już wcześniej nawiązałam migową konwersację z fotoreporterem z „Jordan Times”, podeszłam do niego, uśmiechnęłam się i zapytałam, czy mi pożyczy obiektyw... Rzuciło się do pożyczania 3 jordańskich fotoreporterów... tak że mogłam przebierać w ofertach... Zrobiłam kilka fot Papieżowi i ślicznie podziękowałam. Choć mój skromny aparacik śmiesznie wyglądał z takimi obiektywami, to i tak uważam, że najważniejsze, że pasowały! Nie?

To pisał Pyłek... Pyłek z nieba.

Bezimienny!

sobota, 9 maja 2009

Dzień szósty

Dziś musieliśmy wstać już o 6. rano (w Polsce 5...). Całą noc źle spałam. Budziłam się co godzinę z myślą, że to już pora wstawania. Widocznie mój organizm przeczuwał ciężki dzień, jaki go czeka... Kiedy była ostateczna pora wstawania, poczułam straszny skurcz w jelitkach... Matko, stało się to, czego obawiałam się najbardziej. Mój organizm zbuntował się wobec brudu i tutejszych nieznanych mu bakterii.
Więc cierpię. Wypiłam dwie herbatki z enterolem. Trochę mi lepiej. Znaczy się nadal boli mnie brzuch, ale innych bardziej przykrych objawów już nie ma... Oby tak dalej. Już nic nie zjem do końca mojego pobytu w Ziemi Świętej! Tylko pringle i colę pić będę! Ale to dopiero jutro, bo w Jordanii nie ma ani jednego ani drugiego... Ech, życie jest ciężkie.
Nie pojechałam do meczetu. Po południu mam nadziejże, że pojadę na Nieszpory z Papieżem... Panie Jezu, daj siły...
Dobrze, że dziś sobota i nie musimy się spieszyć z pisaniem. Nie mam siły ani weny. Źle mi. Tęsknię do domu, do mojego słoneczka i męża. Zazdroszczę im grilla i mięsa, które można spokojnie jeść. I bułek, okrągłych jak słońce, a nie płaskich jak naleśnik. Bułek o smaku bułek, a nie słodkiego ciasta.
Do tego mi zimno. Rozkręcona klima działa świetnie:/ Przed chwilą pan z obsługi obpsikiwał salę odświeżaczem powietrza. Wszyscy się uśmiali. Wielka sala, a on biega ze sprayem w psika w górę gdzieniegdzie. Normalnie jaja.
Dobrze, że dziś sobota, nie niedziela. Bo jest spokój. I mogę sobie jęczeć i użalać się nad swoim marnym losem. Mogę sobie nie robić nic i myśleć o pięknej Polsce, za którą tęsknię. Może i u nas Meksyk, premier bez tego, co kura znosi, półgłówki w parlamencie, ale to dom.
Jutro wracamy do Izraela. Po Mszy na stadionie nasz zaprzyjaźniony taxi driver, który nawet nieźle mówi po angielsku, odbierze nas z centrum, zabierze do hotelu i zawiezie na granicę. I tam pewnie znowu będą jaja.
Pan Amdżad jest bardzo sympatycznym i nawet przystojnym Jordańczykiem. Zaopiekował się trochę nami, bo choć tu jest mnóstwo taksówek, trudno taką złapać, bo są tanie i ciągle pełne. W każdym razie chyba jest zadowolony z układu, bo chętnie się zgadza na nasze wymagania. Wstaje o świcie, odbiera nas wieczorem, zawozi do duty free, jedynego miejsca, gdzie można kupić jakiś środek odkażający układ pokarmowy, który teraz by mi się bardzo przydał... Umówiliśmy się, że jak chcemy gdzieś jechać, to puszczamy mu krótkiego, a on za 15 minut jest w umówionym miejscu. A jak nas jeszcze nie ma albo on się spóźnia, to pisze nam smsa o tym, że jest lub gdzie jest. Czyż nie wygodny układ? Płacimy dopiero wieczorem. Więc i mamy pewność, że przyjedzie, i on, że nie weźmiemy innej taxi, bo wszak uczciwymi ludźmi jesteśmy! Zresztą on dobrze wie, że znaleźć tu porządnego taksówkarza nie jest łatwo... Do tego ma 1,5-roczną Toyotę Corrollę i jest fajnie:D Nawet po pierwszej jeździe z nami, a ja jeżdżę z przodu, wymył autko, aż pachniało! Co prawda te ichniejsze auta widać, że są zrobione z dużo skromniejszych materiałów, są strasznie plastikowe... Ale co Toyota to Toyota!

Idę po herbatkę.

Jestem. Pan arab zwrócił mi uwagę, że chcę wejść na sale z innym piciem niż woda. Angielskiego ni w ząb, a próbuję mu wytłumaczyć, że się źle czuję i muszę... Pojęczał coś po arabsku, którego dla odmiany ja ni w ząb nie rozumiem... i mnie puścił. Ech. Żeby kobiecie uwagę zwracać!

Dobra, biorę się za pisanie, bo za dwie godziny odjeżdża autobus do melchickiej katedry św. Grzegorza, gdzie będą wspomniane przeze mnie Nieszpory.
Dziękuję Dziewczynom z zaprzyjaźnionego forum za modlitwę i wsparcie w obliczu mego fatalnego samopoczucia!

piątek, 8 maja 2009

Amman - fotki

Meczet w centrum Ammanu:



Jedna z glównych ulic:



W Ammanie mieszka 2 mln ludzi:



Oltarz na papieską mszę:



Widok z centrum prasowego:

Dzień piąty

Dziś już piątek, aż trudno uwierzyć. Dziś przyjeżdża Papież. Przede mną 4 godziny czekania w biurze prasowym. Na szczęście jest darmowa kawa, herbata i słodycze. Oni tutaj jedzą dużo słodkości. Faceci też. Mnóstwo tutaj „cukierni”. Na pewno 10 razy więcej niż knajp z konkretnym jedzeniem, bo obiad – drogi czytelniku – dobry muzułmanin je w domu! Śniadanko zjadłam w hotelu. Herbata, dwa chlebki pita, dwa serki, jeden dżem, jako na twardo, biały serek, masło, ogórki i pomidory. Super. Tylko noża i widelca brać. Dzwoniłam do recepcji, ale nie donieśli. Pewnie nie zrozumieli, co to fork i knife, a tu zawsze przytakują, na wszystko się zgadzają, mówią OK i dalej nic nie rozumieją. Co mogłam zjadłam palcami. Pitę sobie smarowałam masłem i dżemem za pomocą łyżeczki do herbaty. Dobrze, że to chociaż było.
Siedzę i czekam w centrum prasowym. Trochę mi się zimno zrobili, bo rozkręcili klimę. Jeszcze 2,5 godziny do przyjazdu Ojca Świętego. Zdrzemnęłabym się chwilę, ale na szklanym stole jakoś tego nie widzę.
Dobra, biorę się za tłumaczenie jordańskiego Timesa. Choć po głowie chodzą mi te ich ciasteczka... Skusić się?

Pamiętacie, jaki widok z okna mialam w hotelu w Jerozolimie na Górze Oliwnej? To teraz mam taki:





Więcej fot już spoza hotelu postaram się wrzucić wieczorem, bo nie mam przy sobie ani kabla usb do aparatu ani czytnika kart pamięci, który pojechał na lotnisko witać Benedykta XVI.

Dzień czwarty

Dzień zaczął się pracą. Do 15. wysłaliśmy materiały i pojechaliśmy odebrać budge nasze. Potem bieg na stadion, coby sfotografować ołtarz i zdążyć go wysłać do redakcji. Po południu jedziemy na miasto coś zjeść. I żeby było w miarę czystko i koniecznie tanio. Łaziliśmy i łaziliśmy po ulicach centrum miasta. Co chwila ktoś mnie zaczepiał, pozdrawiał, machał. Nie czuję się tu bezpiecznie. Za dużo facetów, za mało kobiet. Trzymam się blisko chłopaków. Nie odważyłabym się samodzielną jazdą taksówką hihihi. Miasto jedna wielka górska kolejka. Raz idziemy pod stromą górę, raz wręcz spadamy w dół. Tak podjazdów nie widziałam nigdzie. Tu wszyscy jednak mają auta z automatyczną skrzynią biegów. Pewnie inne tu by nie zdały egzaminu. Ale dzięki automatowi, kierowcy w autach się nudzą, bo nie muszą zmieniać biegów, więc wysyłają smsy, obsługują 3 telefony, które mają w aucie, sprzątają w nim, układają papiery... No i jeżdżą – jak mówi nasz przewodnik – jak na wielbłądach – przepisy ruchu drogowego zdają się ich nie interesować. I trąbią, trąbią, trąbią. Ciągle. Na wszystko i na wszystkich. Męczące te jest:/
Ale po paru dziesięciu minutach chodzenia znaleźliśmy uliczkę z jedzeniem. Wygląda dobrze. Dużo mięsa, nikt nie pali, w miarę czysto. Kelner prowadzi nas do sali, która mam 170 cm wysokości... duszno, mi znowu już słabo... Nic, siadłam, pan włączył wiatrak, chłopaki głodni. Nie ma wyjścia, trzeba zostać. Jakoś dogadaliśmy się z kelnerem, bo karta tylko po arabsku. Ceny niewielkie. O to chodziło. Siedziałam akurat nad kucharzami, którzy grillowali mięso, piekli chlebki pita w piecu, szykowali dania... rękami... Ale tu się nic innego nie znajdzie. Kelner wreszcie przyniósł jedzenie – pyszne, naprawdę pyszne. Świeże, gorące, kolorowe, ładnie podane, aromatyczne. Mam nadzieję, że dziś też będzie otwarte, bo boję się jeść w innej knajpie... Ale nie wiadomo, bo piątek i sobota to ichniejszy łikend. I masz babo pitę:/
Potem już powrót do hotelu, chwile rozmów, łyk zimnego napoju i spać. Padam jak mucha.

Dzień trzeci

Śniadanie jemy jako ostatni w hotelu. A potem na dół. Z naszej Góry Oliwnej schodzimy do Doliny Jozafata, gdzie Papież będzie celebrował Eucharystię w przyszłym tygodniu. Zejście długie i strome. Po drodze mijamy cmentarz żydowski i kolejne sanktuarium - Dominus Flevit – Pan zapłakał nad kobietami jerozolimskimi. Schodzimy coraz niżej i niżej. Ogród Oliwny. To tu Jezus się modlił, a uczniowie posnęli. Jezu, obudź moje serce... I dwutysięczne grube drzewa oliwne. Dalej schodzimy w dół. Kolejne sanktuarium. I kolejne schody w dół. Znowu strach mnie ogarnia, ale idę. Miejsce, gdzie po zaśnięciu w wieczny sen, zostało złożone Ciało Maryi. Stąd zostało wzięte do Nieba. Wyszliśmy na górę. Miejsce zdrady Judasza. I rzymsko-katolicka kapliczka. Jak często Jezus jest dziś zdradzany? Wdrapujemy się dalej. Robimy zdjęcia ołtarza papieskiego. Do sanktuarium kamienowania św. Szczepana nie dam rady iść. Zostaje na ławce. Po chwili chłopaki wracają i czas wdrapywać się na Górę Oliwną. Trochę jesteśmy przerażeni. Idziemy. Taksówka za droga. Po drodze otwarty rosyjki klasztor prawosławnych mniszek. Możemy wejść, ale ja na moje niepobożne dżinsy muszę założyć czarną długą spódnicę. Chłopaki się śmieją, raczej na głowę! Zwiedzamy pięknie położony ogród i kaplicę. Znowu wdrapujemy się na górę. Potem w dół. I znowu pod stromą górę. Moje nogi i płuca ledwo to wytrzymują hehehe. Lata jazdy samochodem i zbyt dużo nadwagi dają się teraz we znaki. Ledwo, ledwo doszłam do hotelu. Odczułam każdy mięsień moich nóg. A potem już tylko pisanie. Sprawa prosta. Gorzej się do kogoś dodzwonić. Gorzej wysłać. Udało się. Pakowanie. Ruszamy w drogę.

Taksówka zabiera nas spod hotelu. Jedziemy na granicę izraelsko-jordańską. Tam przeprawa – mimo braku jakichkolwiek kolejek – trwa parę godzin! Kilka kontroli, opłaty, pytanie o gorączkę, kaszel i nierozumiany przeze mnie objaw. Zabrali nam bez słowa najpierw bagaże, potem paszporty. Przeprawa autobusem przez pas graniczny – szeroki jak nigdzie. No Meksyk. Ale jakoś nam się udało. Wrodzone poczucie humoru moich kolegów uprzyjemniało nam czas. Z granicy bierzemy taxi do hotelu. Kierowca z półki obok napisu „no smoking” sięga paczkę L&M-ów. Częstuje mnie, chłopaków. Sam se pali... Jedziemy pięknymi terenami. Zrobię zdjęcia jak będziemy wracać. Pustynia Judzka. Ale nie płaska. Górzysta. Piękna. I rozsypujące się domki Beduinów. Obok każdego kartonowego domku antena satelitarna, i czasem kartonowy garaż z mercedesem. Podobno zbudowali dla nich osiedle, ale po miesiącu wrócili na pustynię.

Dojeżdżamy do hotelu. Padam ze zmęczenia. Chłopaki pojechali na miasto. Ja zostałam, by pójść wcześniej spać.

[Słodycze mają wyborne! Właśnie sobie przyniosłam ciasteczka i kawę, by umilić sobie oczekiwanie. Chłopaki są na lotnisku. Pewnie głodni. Chyba przywiozę trochę tych słodkości do domu. No ale kupię przed odlotem]

Dzień drugi

Ziemia Święta jest piękna i straszna zarazem. Ja tam się boje takich tłumów ludzi innej kultury i obcym kraju. Ufam, że mój Anioł Stróż czuwa nade mną i bezpiecznie zrobię, co mam do zrobienia. Wczoraj był męczący dzień. Przeszliśmy miliony kilometrów. Najpierw odwiedziliśmy sanktuarium Pater Noster (Eleona) i Miejsce Wniebowstąpienia Jezusa. Potem poszliśmy na Stare Miasto. Najpierw jeszcze przed Bramą Damasceńską zjedliśmy nasz pierwszy posiłek, a była już 15! Posiłek też wiele pozostawiał do życzenia. Pan, który był w kuchni palił papierosy... matko, mam nadzieję, że się tu na coś nie pochoruję! Już zastanawiam się, czy nie przejść na pringlową dietę?!? W hotelu na szczęście jedzenie jest bardzo dobre, do kuchni dla świętego spokoju nie zaglądałam.

Dzień drugi był piękny dniem w sumie. Gdy dotarliśmy na Stare Miasto w Jerozolimie, poszliśmy na Via Dolorosa – Drogę Męki naszego Pana. Choć miasto od tamtych chwil było kilka razy przebudowywane, poszczególne stacje drogi krzyżowej zdają się być w autentycznych lub bardzo bliskich miejscach. Ciasnymi zatłoczonymi uliczkami wchodzi się na Golgotę. Po drodze mija tysiące straganów, na których można kupić tonę różnych rzeczy, gdzieniegdzie naprawdę nieprzyjemnie pachnie, słychać arabskie śpiewy i muzykę. O 15. rozbrzmiewają śpiewy muezinów, które na Starym Mieście się łączą i zagłuszają nawzajem. Docieramy do koptyjskiej kaplicy, gdzie jest cysterna, w której św. Helena znalazła krzyż, na którego Jezus został przybity, i gwoździe. Trzeba zejść głęboko pod ziemię, ciaśniutkim zejściem, gdzie nawet ja (a mam tylko 164 cm wzrostu) nie mogę iść wyprostowana. Mój mózg i serce odmawiają posłuszeństwa. Odzywa się klaustrofobia. Że to się zaraz zawali i zostanę tam na wieki (wolałabym zginąć/umrzeć w inny sposób). – Chłopaki, ja nie dam rady, wracam – wołam do towarzyszy. Wyszłam chyba zielona. Mnisi koptyjscy się uśmiechnęli. Pewnie nie raz to widzieli... Idziemy dalej Via Dolorosa. A w moim sercu pustka. Gadamy, żartujemy, kolega, który tu jest po raz enty, opowiada, przybliża historię tych miejsc. Bez modlitwy, bez poruszenia serca. Wchodzimy wreszcie do Bazyliki Grobu Bożego. W wielkiej kolejce, w której wszyscy się pchają, spieszą, prześcigają. Pewnie tak się spieszą by się modlić w miejscu, gdzie stał Krzyż Jezusa... ludzie milkną dopiero w momencie gdy klękają przed skałą! Panie Jezu, mi też trudno się tak modlić! Naucz mnie modlić się w trudnych warunkach! Naucz mnie w ogóle modlić się!
Uklękłam i zanurkowałam pod ołtarzem, by dotknąć skały. - Jezu, ulecz moje serce – tylko jedna modlitwa wyrwała mi się z serca. I tysiąc myśli. Ulecz moje serce ze smutku, z żalu, złości, lenistwa, złośliwości, martwienia się o rzeczy nieważne... Przemień moje serce na wzór Twojego!
Ciągle walczę ze sobą. Mam opory, by dotykać takich miejsc, które miliony dotykają, by wkładać rękę do święconej wody, by całować relikwie w relikwiarzach. Zaraz widzę miliony bakterii i zarazów... Brrr ale to samo mam w łazience hotelowej, żałowałam, że do walizki nie można pakować domestosa... Bym sobie wszystko umyła. Ale na szczęście mój organizm znosi to dobrze. Nie odmawia posłuszeństwa. Bogu dzięki. Wszak Jezus mówił, że będą jeść to co, zatrute, i nie będzie im szkodziło...
Potem zeszliśmy do miejsca namaszczenia ciała Jezusa. Pachnie olejkiem różanym. Pobożne kobiety z Rosji, padają na kolana i całują kamień. Kładą na nim krzyże, ikony, chusteczkami ścierają olejek z kamienia. Inna pobożność niż nasza. Dalej idziemy do Grobu. Wielka kolejka. Przyjdziemy w przyszłym tygodniu z rana.
Potem już tylko odpoczynek.
Idziemy na palestyńskie piwo. Potem hotelowa kolacja. Naprawdę smaczna!

Kosciól w ogrodzie Getsemani:



Dwutysięczne drzewo oliwne:



Papieski oltarz w Dolinie Jozafata:

wtorek, 5 maja 2009

Dzień pierwszy: fotki

Dzis był ciężki dzień. Na razie tylko foty (po kliknięciu na nie będą większe)

Widok z mojego okna w hotelu - Jerozolima Stare Miasto:



Droga na Golgotę:



Szczyt Golgoty - miejsce ukrzyżowania i smierci Pana Jezusa:



Chwila odpoczynku przy palestyńskim piwie:



Wieczór:

Początek

To nie było takie proste – dotrzeć tutaj, na szczyt Góry Oliwnej, z której roznosi się cudowny widok na całe Stare Miasto Jerozolimy. Siedzę w oknie mojego pokoju hotelowego i patrzę na tę Świętą Ziemię i wielbłąda. Ledwie mam siłę otworzyć oczy. Podróż była strasznie wyczerpująca. Najpierw lot do Frankfurtu. Krótki, spokojny, miły. Schody zaczęły się we Frankfurcie w czasie odprawy bardzo osobistej przed wejściem na pokład airbusa lecącego do Tel Avivu. Wszystko trzeba prześwietlić, obmacać czy w załamkach rękawa nie masz bomby czy innych materiałów wybuchowych, czy metalowe są na pewno fiszbiny od stanika, czy aby nie przypadkiem coś jeszcze. Poniżające i męczące. Już nie będę narzekać na kontrole w USA. Tam to był pryszcz! Tyle że buty kazali ściągać. Jak już nas wymacali, wsiedliśmy do najdłuższego samolotu świata. I momentalnie dostałam klaustrofobii. Setki osób, fotel na fotelu, a my jeszcze daleko od okna. Radości dodawał monitorek przed każdym pasażerem i długo wyczekiwane piwo. Lot minął znośnie. Ale zmęczenie dawało o sobie coraz bardziej znać. Potem już było coraz trudniej. Jazda autobusem do Jerozolimy, potem taksówka i wreszcie hotel. Była 5 rano. W hotelu ciężko znaleźć kogokolwiek. Pokój jest, ale nie ten. Drugi pokój. Już dobry. Z tym nieziemskim widokiem. Padłam w ubraniu, makijażu, nie myłam się wcale. Będzie ciężko. Ale jestem w Ziemi Jezusa. To najważniejsze.


Oo! przyszedł kolejny wielbłąd z leniwymi turystami, którzy na górę nie chcieli się wdrapywać pieszo... Ważnym plusem mieszkania na tej górze jest to, że na pewno tu schudnę. W każdym razie mieszkamy w jordańskim hotelu, niestety trochę nagryzionym zębem czasu. Halny mi tu huczy za oknem tak, że cala rama chodzi w te i we w te i tylko obawiam się, czy owe okno całe nie wypadnie. Ciekawostką hotelu „Siedem Łuków Jeruzalem” jest to, że nie ma w nim pokojówek, są tylko pokojówkarze, pokojowi (?), młodzi panowie, którzy w zielonych uniformach krzątają się po korytarzu z dobrze znanym wszystkim wózkiem.

Zerkam za okno. Widok mam imponujący. Te jakże dobrze znane obrazy! Tak blisko! Od razu przypominają się biblijne słowa o tym miejscu. Ziemia Jezusa. Ziemia Maryi. Zaraz idziemy zwiedzać, oglądać, fotografować. Śpiew muezina rozbrzmiał nad okolicą w południe, niczym dzwony na „Anioł Pański”. W sumie to dobry zwyczaj. Nie zapomnisz się pomodlić w ciągu dnia... A jak mało się modlimy w ciągu dnia! Jak mało ja się modlę. A taki muezin i mi – bądź co bądź rzymskiej katoliczce – przypomniał, by uwielbić Pana nieba i ziemi, Króla nad królami za to, że stworzył piękny świat i pozwolił mi tu bezpiecznie dotrzeć.

Nie wiem, gdzie się podziało zmęczenie i głód. Spałam może ze 4 godziny i to ciągle przerywane niepokojem nowego miejsca. Nie jadłam nic od kolacyjny w samolocie. Kurczak, zielona fasolka, trochę sałaty, pomidorek i pyszne ciasto z malinami! To musi mi wystarczyć na nie wiem, jak długo! Trochę boję się tu jeść. Czy mój żołądek dobrze zniesie tutejszy smak?

poniedziałek, 4 maja 2009

Wielkie pakowanie

Już za parę godzin Pyłek wybywa! Okazało się, że sąsiad Państwa Pyłkowych jest żydem i bardzo się cieszy, że Pyłek nawiedzi Izrael i Jordanię. Kazał Pyłkowi przywieźć mu... magnes na lodówkę z napisem "Amman". Dobra. Pyłek to załatwi!
Dobra, Pyłek idzie się pakować. Brrr Okropne zajęcie.

środa, 29 kwietnia 2009

Wyjazd coraz bliżej

Pyłek ma już z powrotem mój osobisty paszport z nowym nabytkiem, czyli wizą do Jordanii. Mam laptopa, notes, zapas bateryjek do dyktafonu i długopis (czasem nowoczesne metody pisania zawodzą). Nie ma jeszcze telefonu, a z własnego nie ma zamiaru korzystać, bo żydowskie telefonie zczeszą Pyłka 8 zł za minutę i 1,5 zł za smska. Nie stać Pyłka! Akredytacje do Izraela opłacone. Matko, do czego to doszło, by dziennikarze płacili za to, że mogą pracować, jedyna pociecha jest taka, że kasę na tę przyjemność (pracowanie?!?!) wykłada jednak redakcja.

Stres powoli Pyłka dopada. I to z wielu powodów.

Po pierwsze, Pyłek jedzie z szalonymi współpracownikami, co zegarków nie mają, mają za to czas. A podobno Bóg dał zegarki białemu człowiekowi, a czarnemu czas - tu się to nie sprawdza, bo towarzysze Pyłka są równie biali jak Pyłek. Więc Pyłka czekają 2 tygodnie nerwów, czekania na towarzyszy pracy, spóźniania się, biegania i ganiania. Będzie ciężko.

Po drugie, Pyłek martwi się, co będzie jadł i dlaczego tak mało. Jedzenie wszak w tych rejonach może negatywnie wpływać na delikatne podniebienie Pyłka.

Po trzecie, Pyłek został skutecznie wystraszony przez zazdrośników redakcyjnych świńską grypą. Módlcie się, by Pyłek wrócił cały i zdrowy. I by samoloty, w których Pyłek będzie siedział też się trzymały wyznaczonej trasy.

Po czwarte, Pyłek już stresuje się samą pracą. Jednak pisanie na czas takich ważnych rzeczy to duże wyzwanie. I do tego ma być ładnie, składnie, przejrzyście, inteligentnie, oryginalnie i niebanalnie! Pyłek padnie jak nic!

poniedziałek, 27 kwietnia 2009

Pyłek jedzie do Ziemi Świętej

Pyłek ni mniej ni więcej, tylko za tydzień wyrusza w dalekie strony i stąpać będzie śladami Pana nieba i ziemi, Króla nad królami, najpiękniejszego spośród synów ludzkich...

Och, Pyłek cieszy się jak rzadko. Bo Pyłkowi się wydaje czasem, że nie ma powodów do radości. Jakoś nie może Pyłek odnaleźć się na tym ziemskim padole. Może niepotrzebnie spadł z nieba, z ramion Ojca, może mu by było lepiej tam zostać. Ech, Pyłek na razie się cieszy, że spełni się jedno z jego marzeń - pojedzie do Ziemi Świętej. I nawet do Jordanii. Będzie ciężko. Stres jest wielki. Pyłek będzie relacjonował pobyt Papieża Benedykta XVI w Ojczyźnie Jezusa. A tam raczej porządnego biura prasowego nie będzie. Pewnie nie będzie żadnego. Pozostaną Pyłkowi tylko stare metody - długopis, dyktafon i laptop, którego bateria zgodnie z nadziejami Pyłka wytrzyma dłużej niż godzinę.
Pyłek postara się tutaj relacjonować swoje dziennikarskie podboje.

piątek, 3 kwietnia 2009

Warszawa przyjazna golasom

Chyba na dno dna zaczęło spadać samopoczucie Hanny Gronkiewicz-Waltz i widmo braku drugiej kadencji zajrzało jej w oczy. Bo zamiast budować mosty, metro, zadbać, by remonty nie paraliżowały miasta itd., za co wszyscy jeżdżący po tym mieście byliby jej choć trochę wdzięczni, a przynajmniej nie wieszali by na niej psów, stołeczny ratusz zajął się szykowaniem plaży dla nudystów.
Ogrodzona, z natryskami, z punktem gastronomicznym, w malowniczym zakolu Wisły, gdzie piachu jest pod dostatkiem. Cud, miód i orzeszki.
Jak dziś relacjonował jakiś pan w TVN Warszawka, ma to nie tylko sprawić przyjemność golasom, ale także przyciągnąć do naszej stolicy tłumy turystów.
Ha! I tu ten pan ma rację! No bo woda jest, dużo czystsza niż parę jeszcze lat temu. Klimat jak na plażowanie może nie idealny, ale na to ratusz dużo nie pomoże (tym bardziej, że nie daje sobie rady z niczym). Piasek podobno jest i tereny zielone też, co by osłoniły to, co powinno być zasłonięte. I już widzę te tłumy w biurach podróży na całym świecie pytające, czy jest jeszcze miejsce na samolot do Warszawy, tam gdzie jest plaża dla nudystów i naturystów, a nie ma dla przeciętnych obywateli, którzy jednak lubią to i owo dla przyzwoitości zakryć...
Grunt to promocja miasta.
Co tam Starówka, parki, muzea, teatry i filharmonie, co tam dobre hotele i restauracje, co tam urocze zakątki i klimat, plaża dla golasów standardy wyznacza! Hej hop, zrzucajmy nasze wdzianka i na słonko nad Wisłę!