czwartek, 14 maja 2009

Dzień dziesiąty

Poranna pobudka była wyjątkowo trudna. Ale nie było wyjścia. Jesteśmy w Betlejem. O 10.00 Msza z Papieżem na placu Żłóbka. Piękne jest Betlejem. Aż trudno uwierzyć, że było tak zniszczone po ostatniej intifadzie.
Autonomia Palestyńska zupełnie inaczej witała Ojca Świętego. Tu pełno flag, plakatów i bannerów. Tu jest dużo więcej chrześcijan. Widać inną atmosferę. Znajomy ksiądz pomógł nam dostać się w super miejsce blisko ołtarza. Cały czas widziałam Papieża. Czasami musiałam tylko stanąć na własnym krześle. Kolega zostawił mi dużo lepszy obiektyw niż mój własny, dzięki czemu mogłam sobie radośnie robić fotki!
Słońce spaliło mi skórę. Mam czerwone rączki i twarz. Teraz wyglądam jak siedem nieszczęść dopiero. Coż, jak nie urok, to...
Po Mszy i pisaniu tekstu musieliśmy wrócić do Jerozolimy. Opatrzność nad nami czuwała! Najpierw taksówkarz nas wywiózł na inne przejście, bo to, na które chcieliśmy dotrzeć, by nie wiadomo, na jak długo zamknięte z powodu przejazdu Papieża... Tam spotkaliśmy niemieckiego publicystę katolickiego z sekretarką, która znała polski, którzy nas swoim autem zawieźli do Jerozolimy... Super. Odeszło nam szukanie śmierdzących szerutów (czytaj: autobusów). Ale w samym Jerusalem zaczęły się schody. Sił na spacer na naszą Górę Oliwną nie mieliśmy, więc postanowiliśmy szukać taxi. Taxi w końcu znaleźliśmy, ale nasz dojazd był utrudniony, bo drogi dojazdowe do Góry Oliwnej były zablokowane przez kolumnę papieską i żołnierzy ją ochraniających. Ale na szczęście trafiliśmy na takiego taksówkarza, któremu się chciało kombinować, bo tutaj to nie takie oczywiste... Cudem dotarliśmy do hotelu. Tym razem mam słaby widok z pokoju:/ Padłam jak mucha.

Betlejem. Miasto wiecznego Bożego Narodzenia:









Brak komentarzy:

Prześlij komentarz