wtorek, 14 czerwca 2011

Wieści

I znowu wszystko się zmieniło. Diametralnie. Jeszcze przed wylotem do Rzymu zrobiłam test ciążowy i wyszedł pozytywny! Co za radość! Poleciałam do Rzymu, modląc się, by moje Małe dobrze się trzymało w czasie starów i lądowań... Rzym jak zawsze piękny. Jak cudownie znowu było być w Bazylice św. Piotra! Szkoda, że teraz są bramki, trzeba stać w kolejce, by dać się sprawdzić. Nie da się już tak wejść po prostu. Ale w dzisiejszych czasach widocznie to jest konieczne:/ Dwa razy udałam się na grób Jana Pawła II. Modliłam się za moje małe! I co drugi dzień leżałam w hotelu. Dostałam w Rzymie silnych skurczy. Takich jak przy poronieniu. Płakałam i modliłam się. Po lekach poczułam się lepiej. Nawet pospacerowałam z kolegą po Rzymie. Ostatniego dnia byłam na Mszy dziękczynnej Polaków w Santa Maria Maggiore. Rozmawiałam z kard. Gulbinowiczem. Poprosiłam go o modlitwę za moje zagrożone dziecko. Ksiądz kardynał od razu udzielił mi błogosławieństwa, zrobił krzyżyk na czole i powiedział "Będzie dobrze, tylko Pani nie skacze". No to trzymam się tych słów, i Jana Pawła II, i Maryi, i czekam na moje Maleństwo!
Bo kurde myślałam, że jak się w ciąże zachodzi, to się rodzi dziecko. Że poronienia zdarzają się daleko i rzadko...