poniedziałek, 11 maja 2009

Dzień siódmy

To był kolejny trudny dzień. Teraz już leżę spokojnie w łóżeczku. Jest prawie 22. naszego czasu, czyli 21. polskiego. Najedzona, umyta, z dobrym samopoczuciem. W Jerusalem! Wróciliśmy do tego niesamowitego miasta. Ale po kolei.

Rano wstaliśmy przed 4! Czyli przed 3. czasu warszawskiego. Półprzytomni pojechaliśmy do centrum prasowego. Na szczęście Amdżad nas nie zawiódł i przyjechał o czasie. Też mało przytomny.
Potem praca. Msza św., w której nie uczestniczyłam, tylko którą obserwowałam... Dziś niedziela, a ja nie byłam na Eucharystii. Nie dość, że jestem w Ziemi Świętej i powinnam – jak to mówił Benedykt XVI i prosił by się modlono w tej intencji za niego – odnowić ducha, ożywiać moją wiarę i miłość do Jezusa. A ja nie dość, że nie mam czasu ani sił na modlitwę, to jeszcze na Eucharystii w niedzielę nie byłam. Smutno mi, Jezu. Przecież nie można całe życie wszystkiego tłumaczyć pracą...
O 14. wyruszyliśmy w drogę do Izraela. Drogę przez mękę... Na dobry początek Amdżad poczęstował nasz pysznymi czekoladkami. Mniam. To się nazywa dobry taxi driver! Jechaliśmy długo, bo ze 100 km mieliśmy do pokonania. Od początku się jakoś utarło, że siedzę z przodu, więc i dziś siedziałam. A że Amdżad był bardzo sympatyczny, miło sobie rozmawialiśmy, a chłopaki z tyłu spali. Robiłam fotki pięknej Jordanuii Z pewnym żalem opuszczałam ten kraj... ale co zrobić. Kolejne wyzwanie czeka.
Jordania to kraj pustynno-górzysty. Piękne krajobrazy, pustynia, góry, rzeka Jordan w najszerszym miejscu mająca 2 metry mniej więcej szerokości (mierząc na oko z samochodu). Ciekawe, że na filmach o Jezusie pokazywana jest jako straaaaaaasznie szeroka... Amman – stolica – cała z kolorze piasku. Budowana ze skał na których stoi. Piękna i surowa. Biedna i bogata. Najpiękniejsza w zachodzącym słońcu. Ulice rzadko są równe. Raz się wznoszą wysoko ku górze, by ukazać oczom cudne widoki, a zaraz gwałtownie spadają. Sztuka jeździć po takim mieście autem. Jeszcze większa sztuka spacerować... Droga do granicy była piękna. Po pokręconych górskich drogach można było podziwiać cudowne widoki. Po lewej mieliśmy Izrael, w którego progi zmierzaliśmy. Jordania taka spokojna...
Całą drogę rozmawiałam sobie z taksówkarzem naszym. Powiedział, że będzie za nami tęsknił, bo mu było z nami bardzo miło. Dobrze to słyszeć, bo zmuszaliśmy go do wczesnego wstawania i późnego chodzenia spać. Ale się troszczył o nas. Dobry chłopak. Sam dziś do nas zadzwonił, o której przyjechać. Pokazywał nam tajne sklepy, w których można kupić alkohol. Pomógł mi znaleźć magnesy na lodówkę dla sąsiada. Sam nas znalazł na ulicach Ammanu i zapytał, czy nie chcemy taxi, choć kolega pchał się już do innej. Ale myślę, że Amdżad był naszym aniołem stróżem w tym szalonym mieście.
Wraz z pożegnaniem naszego anioła zaczęło się piekiełko przejścia przez granicę. Ja dziecko bądź co bądź Europy, gdzie najbardziej bulwersujące w przechodzeniu przez granice jest ściąganie butów, tu doświadczyłam czegoś nowego. Amdżad – po minięciu 4 (słownie: czterech) check-pointów - zawiózł nas do pierwszej bramy. Tam musieliśmy wziąć specjalną taksówkę, którą się dojeżdża do granicy... jordańskiej. Kontrola na bramie. Dalej prześwietlanie bagaży. Pan taksówkarz nie zamykał nawet bagażnika... dalej granica jordańska. Kontrola szósta paszportów, opłata za znaczek, wyjaśnienie, po co się było w Jordanii, zdjęcie, odcisk kciuka i do autobusu. Trzeba kupić bilet na autobus, który zawiezie nas do granicy izraelskiej. Po drodze 2 kolejne kontrole paszportów. Nie wiedzieć czemu dłuższą chwilę stoimy w autokarze. Przymknęłam zmęczone i ciężkie powieki. Zasnęłam. To wtedy kazali wychodzić. Ok. Granica izraelska. My na końcu kolejki. Najpierw stos pytań. Po co byliśmy w Jordanii, skąd się znamy, po co jedziemy do Izraela, na jak długo, dokąd, gdzie będziemy mieszkać. Potem kontrola paszportu i oglądanie bagaży. Na komendę ustawianie na żółtej linii. Chłopaki mieli przetrzepane wszystko, fotoreporterowi zajrzeli do każdego obiektywu, drugiego kolegę oskarżyli, że w materiałach prasowych z Jordanii przewozi cuda na kiju. Matko. Z pół godziny się zeszło. Na szczęście moje bagaże nie wywołały ich najmniejszego zainteresowania. Zresztą zawsze budziłam ufność we wszelakiej maści stróżach prawa... A potem co? Kontrola paszportu. I tona pytań. A po co jedziecie do Izraela, na jak długo, czy do Polski papież nie przyjeżdża, że się pałętamy po świecie... No ale się udało. Musiało się udać, bo pokoje cele tylko mamy. I z granicy już taksówką do hotelu. A potem już tylko lepiej... Północ Izraela – Galilea – jest przepiękna. Dużo bujnej roślinności, kwiatów we wszystkich kolorach i cudowne fioletowe drzewo. Niestety nie udało mi się go sfotografować. Szkoda. Jechaliśmy alejami z palm i innych drzew. Patrzyliśmy po lewej stronie na opuszczoną Jordanię... Dalej Samaria. Góry i pustynia. Puste drogi. U nas takich już chyba nie ma. Karmiłam swe oczy dogasającym słońcem i pięknem tej ziemi. Szkoda tylko, że taksówkarz nie był tak porządny jak Amdżad i miał strasznie brudną przednią szybę i nie mogłam fotek robić! Skandal! W sumie to był kolejny piękny dzień.
To pisał Pyłek... Pyłek z nieba zauroczony Ziemią... Ziemią Świętą...

4 komentarze:

  1. O rany... wspólczuję tego piekiełka na przejściu granicznym... widac celnikom sie nudzi;/ Buziaki:) Fasola

    OdpowiedzUsuń
  2. heheh spoko, ja mialam luz. W ogole tu sie do wszytskich duzo usmiecham i wrodzona slodkosc mojego oblicza pomaga mi wsyzstko zalatwic:)

    Pylek

    Fasola, a skad taki nick?

    OdpowiedzUsuń
  3. Piękny reportaż stworzyłaś. Wiesz... Zazdroszczę Ci trochę tej możliwości pisania dla innych - zresztą to było zawsze moje marzenie i po to szłam na polonistykę (potem żałowałam, że nie na dziennikarstwo) :-) Mogę wyżyć się pisemnie na blogu dzieci, ale to i tak tylko namiastka... Pozdrawiam Gosia_S I już wracaj do nas Pyłku rzucany wiatrem po świecie ;-)

    OdpowiedzUsuń
  4. Gosiu Kochana, pisac zawsze mozna... Teraz jest tyle mozliwosci, najwiecej przez blogi... ale rzczywiscie jak sie z dziecmi siedzi to sie o dziecach pisze... ale i w tym temacie mozna stworzyc dzielo sztuki!
    Buziaki, juz niedlugo wracam:)

    Pylek

    OdpowiedzUsuń