Już jestem bardzo zmęczona, choć ten dzień był najmniej męczący. Wieczorem nie bolało mnie nic a nic. Ani stopy, ani mięśnie, ani spalone betlejemskim słońcem rączki, ani brzuch, ani żołądek, ani głowa. Nic. Gdyby nie zawalone uczuleniem oko – byłoby idealnie. Ale i tak jestem zadowolona i tryskam energią. Dzień cały Boży spędziliśmy w centrum prasowym. Praca. Praca. Praca. Nie wydarzyło się nic szczególnego, oprócz wielkiej kłótni moich kolegów. Kolega numer jeden, z którym już nieraz jeździłam na różne wyjazdy, kłócił się z kolegą numer dwa, z którym jestem po raz pierwszy, więc dopiero obserwuję jego zachowanie i wyciągam pierwsze wnioski. Kolega numer jeden to naprawdę fajny facet, którego bardzo lubię. Możemy sobie pogadać, powygłupiać się, pożartować, pośmiać się. Ale to pryszcz, bo z kolegą numer dwa też można to robić. Ale kolega numer jeden ma wielką przewagę, którą sobie bardzo cenię u ludzi. A mianowicie troszczy się o innych. Sam pomyśli, jak może pomóc, jak sprawić przyjemność, jak podzielić się z towarzyszem niedoli tym, co ma. Wszystko robi bezinteresownie. Widzi, że druga osoba się źle czuje, pyta, szuka pomocy, pomoże. Z taką osobą dobrze wyjeżdżać na takie delegacje, bo człowiek wie, że w razie czego ktoś mu pomoże. Natomiast kolega numer dwa jest trochę inny. Idzie do przodu, nie odwracając się do tyłu, czy reszta wycieczki też idzie. Nie widzi problemów. On ma PLAN i przyjechał tu, by go wykonać. Nawet za cenę jakiegoś dobra innych. I nie znoszę takiej postawy. Nie znoszę nie myślenia o innych. Nie mówię o całym wielkim świecie. Mówię o tych, z którymi pracujemy, z którymi przebywamy w tym momencie 24 godziny na dobę, z którymi jemy wszystkie posiłki, z którymi pracujemy i odpoczywamy po ciężkim dniu. Nawet jeżeli wcześniej byliśmy sobie obcy, już tacy nie jesteśmy. No więc w owej kłótni musiałam poprzeć kolegę numer jeden i jakoś go wesprzeć. Bo kurde felek przyjechał tyle kilometrów tutaj, by się nudzić. Super.
W każdym razie jak już kłótnia się skończyła, kolega numer dwa oddalił się od nas, chyba na chwilę refleksji, choć nie wiem, a my z kolegą numer jeden udaliśmy się do hotelu. Tym razem udało się bez problemów.
I ot nudy u mnie.
A urodziny męża przeżyłam z dala od niego. A 33 lata to nie przelewki!
Kochana, ależ Ty dzielna jesteś... prawdą jest, że dopiero wspólne pokonywanie trudności pozwala nam odkryć jakim jest człowiek naprawdę, co w nim drzemie... Pozdrawiam Cię ciepło i mam nadzieję, że następny raz nadasz już z kraju... :)
OdpowiedzUsuńCzekam niecierpliwie az na gg zobaczę, że jesteś... A co do kolegi nr 2... to tez takich nie lubię:/ chyba trcohę więcej wrażliwości i mniej egozizmu by mu sie przydało... Hej nie uwierzysz co się stało...! Zrobiłam scrapa i znów mam chotę!:) Buaziaki i najlepsze życzenia dla jubilata! :) Fasola
OdpowiedzUsuńA ja szukałam i szukałam Ciebie Kochana i nic;( Dziekuję za informacje o blogu. Muszę nadrobić kilka notek u Ciebie:) Pozdrawiam:)
OdpowiedzUsuńKochana, ja tu chcialam sie rozpisywac, a Ty juz wrocilas :D
OdpowiedzUsuńWiec do zgadania na gg :*