piątek, 8 maja 2009

Dzień trzeci

Śniadanie jemy jako ostatni w hotelu. A potem na dół. Z naszej Góry Oliwnej schodzimy do Doliny Jozafata, gdzie Papież będzie celebrował Eucharystię w przyszłym tygodniu. Zejście długie i strome. Po drodze mijamy cmentarz żydowski i kolejne sanktuarium - Dominus Flevit – Pan zapłakał nad kobietami jerozolimskimi. Schodzimy coraz niżej i niżej. Ogród Oliwny. To tu Jezus się modlił, a uczniowie posnęli. Jezu, obudź moje serce... I dwutysięczne grube drzewa oliwne. Dalej schodzimy w dół. Kolejne sanktuarium. I kolejne schody w dół. Znowu strach mnie ogarnia, ale idę. Miejsce, gdzie po zaśnięciu w wieczny sen, zostało złożone Ciało Maryi. Stąd zostało wzięte do Nieba. Wyszliśmy na górę. Miejsce zdrady Judasza. I rzymsko-katolicka kapliczka. Jak często Jezus jest dziś zdradzany? Wdrapujemy się dalej. Robimy zdjęcia ołtarza papieskiego. Do sanktuarium kamienowania św. Szczepana nie dam rady iść. Zostaje na ławce. Po chwili chłopaki wracają i czas wdrapywać się na Górę Oliwną. Trochę jesteśmy przerażeni. Idziemy. Taksówka za droga. Po drodze otwarty rosyjki klasztor prawosławnych mniszek. Możemy wejść, ale ja na moje niepobożne dżinsy muszę założyć czarną długą spódnicę. Chłopaki się śmieją, raczej na głowę! Zwiedzamy pięknie położony ogród i kaplicę. Znowu wdrapujemy się na górę. Potem w dół. I znowu pod stromą górę. Moje nogi i płuca ledwo to wytrzymują hehehe. Lata jazdy samochodem i zbyt dużo nadwagi dają się teraz we znaki. Ledwo, ledwo doszłam do hotelu. Odczułam każdy mięsień moich nóg. A potem już tylko pisanie. Sprawa prosta. Gorzej się do kogoś dodzwonić. Gorzej wysłać. Udało się. Pakowanie. Ruszamy w drogę.

Taksówka zabiera nas spod hotelu. Jedziemy na granicę izraelsko-jordańską. Tam przeprawa – mimo braku jakichkolwiek kolejek – trwa parę godzin! Kilka kontroli, opłaty, pytanie o gorączkę, kaszel i nierozumiany przeze mnie objaw. Zabrali nam bez słowa najpierw bagaże, potem paszporty. Przeprawa autobusem przez pas graniczny – szeroki jak nigdzie. No Meksyk. Ale jakoś nam się udało. Wrodzone poczucie humoru moich kolegów uprzyjemniało nam czas. Z granicy bierzemy taxi do hotelu. Kierowca z półki obok napisu „no smoking” sięga paczkę L&M-ów. Częstuje mnie, chłopaków. Sam se pali... Jedziemy pięknymi terenami. Zrobię zdjęcia jak będziemy wracać. Pustynia Judzka. Ale nie płaska. Górzysta. Piękna. I rozsypujące się domki Beduinów. Obok każdego kartonowego domku antena satelitarna, i czasem kartonowy garaż z mercedesem. Podobno zbudowali dla nich osiedle, ale po miesiącu wrócili na pustynię.

Dojeżdżamy do hotelu. Padam ze zmęczenia. Chłopaki pojechali na miasto. Ja zostałam, by pójść wcześniej spać.

[Słodycze mają wyborne! Właśnie sobie przyniosłam ciasteczka i kawę, by umilić sobie oczekiwanie. Chłopaki są na lotnisku. Pewnie głodni. Chyba przywiozę trochę tych słodkości do domu. No ale kupię przed odlotem]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz