Dziś już piątek, aż trudno uwierzyć. Dziś przyjeżdża Papież. Przede mną 4 godziny czekania w biurze prasowym. Na szczęście jest darmowa kawa, herbata i słodycze. Oni tutaj jedzą dużo słodkości. Faceci też. Mnóstwo tutaj „cukierni”. Na pewno 10 razy więcej niż knajp z konkretnym jedzeniem, bo obiad – drogi czytelniku – dobry muzułmanin je w domu! Śniadanko zjadłam w hotelu. Herbata, dwa chlebki pita, dwa serki, jeden dżem, jako na twardo, biały serek, masło, ogórki i pomidory. Super. Tylko noża i widelca brać. Dzwoniłam do recepcji, ale nie donieśli. Pewnie nie zrozumieli, co to fork i knife, a tu zawsze przytakują, na wszystko się zgadzają, mówią OK i dalej nic nie rozumieją. Co mogłam zjadłam palcami. Pitę sobie smarowałam masłem i dżemem za pomocą łyżeczki do herbaty. Dobrze, że to chociaż było.
Siedzę i czekam w centrum prasowym. Trochę mi się zimno zrobili, bo rozkręcili klimę. Jeszcze 2,5 godziny do przyjazdu Ojca Świętego. Zdrzemnęłabym się chwilę, ale na szklanym stole jakoś tego nie widzę.
Dobra, biorę się za tłumaczenie jordańskiego Timesa. Choć po głowie chodzą mi te ich ciasteczka... Skusić się?
Pamiętacie, jaki widok z okna mialam w hotelu w Jerozolimie na Górze Oliwnej? To teraz mam taki:


Więcej fot już spoza hotelu postaram się wrzucić wieczorem, bo nie mam przy sobie ani kabla usb do aparatu ani czytnika kart pamięci, który pojechał na lotnisko witać Benedykta XVI.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz