sobota, 25 grudnia 2010

Niech Bóg obdarzy Cię swoją łaską!


To nie była stajenka - to była stajnia
To nie był żłóbek - to był żłób
To nie było sianko - to było siano
To nie był "Jezusek" - to był Jezus
To nie jest bajka - to jest prawda
To nie jest zwyczaj - to jest wydarzenie
To nie jest opowieść - to Twoje życie
...

nie szukaj zasług, za które należy Ci się Jego przyjście - nie znajdziesz
nie próbuj wyjaśnić, jak to się stało - nie uda Ci się
nie staraj się świętować - przeżyj to
nie oglądaj się na innych - Bóg patrzy wprost w Twoje oczy
zatrzymaj się i uklęknij ... na Twoich oczach rodzi się Bóg ... zmienia
Twoją historię
...

To nie są życzenia - to jest błogosławieństwo dla Was wszystkich, którzy podczas wichrów tego świata dotrzecie na tego bloga!

Pyłek z nieba

sobota, 18 grudnia 2010

Mieć to smutek...

Wczoraj podszedł do nas pod centrum handlowym chłopak młody, może miał ze 22 lata... i prosi o coś do jedzenia lub pieniądze... bezdomny, biedny... zaczęłam się pytać, jak do tego doszło... zmarli rodzice, wdał się w bójkę, nie zapłacił grzywny, wylądował w wiezieniu... na 3 lata. Wyszedł , nie miał gdzie mieszkać, pojechał do mopsu... tak okradli go z resztek rzeczy, które miał... do tego ma cukrzyce... Tak mi go strasznie żal, tak nie mogę przestać o nim myśleć... Dlaczego my mamy to szczęście, ze mamy normalne życie... mamy bliskich, którzy się nami zaopiekują, możemy spać spokojnie, bo nikt obok nam krzywdy nie zrobi...

Z drugiej strony przypominają się słowa Koheleta... marność nad marnościami, wszystko marność. Zbieramy rzeczy, kupujemy tone prezentów, dziesiąte pudełko klocków lego, dziesiątą torebkę i piąty rodzaj bombek. A to wszystko marność, to wszystko to nic. Nic z tego nie daje nam prawdziwego szczęścia i sensu. Bo nawet ten pięciolatek wolałby bawić się pierwszym pudełkiem lego z mamą i tatą, niż dziesiątym sam. Zresztą nawet jak i dziesiątym bawi się z mamą i tatą, to czy to dziesiąte pudełko sprawia, że jest szczęśliwszy?

Zdaję sobie sprawę, że brak pewnych rzeczy, może być przyczyną prawdziwego nieszczęścia i wielu problemów, dlatego tak strasznie żal mi tego spotkanego wczoraj chłopaka, ale akurat ja i moja rodzina, nie ma takiego powodu do nieszczęścia. Mamy mieszkanie, samochód, płaski telewizor i różne piękne przedmioty, za które jestem Bogu wdzięczna, bo sprawiają, że nasze życie jest wygodne, spokojne i uporządkowane, zwłaszcza w taką pogodę jak teraz, codziennie Bogu dziękuję, że mam prawo jazdy i samochód... I pewnie, że ciężko by było wyrzec się teraz wszystkiego, ale może potrzeba jednak się opanować, przestać kupować rzeczy, przestać zapełniać te metry kwadratowe pod dachem...

Przypomina mi się święta Teresa. Gdy zakładała kolejny klasztor, musiała się wprowadzić do domu wraz z kilkoma siostrami, w którym nie było dosłownie niczego. Siostry spały na sianie, przykryte jedną kołdrą. W kilka dni okoliczni dobroczyńcy przynieśli im łóżka, kołdry i inne potrzebne sprzęty. I święta choć wzruszona była dobrym sercem ludzi, to wraz z siostrami odczuwała głęboki smutek, że to ich ubóstwo się kończy. I to dało mi do myślenia. Jak ja odczułabym smutek, gdyby zabrano mi ten komputer, samochód albo ulubioną torebkę. jak bardzo jestem uzależniona od tych rzeczy. Jak łatwo mnie zranić, skoro jestem tak przywiązana to rzeczy marnych. Jak bolało mnie, gdy sąsiad porysował mi moje auto! Ile smutku mnie czeka, jak tych rzeczy zabraknie!

Marność nad marnościami, wszystko marność. Jak używać rzeczy, by nie być przez nie zniewolonym? Jak żyć, by nie dać się wciągnąć to szaleństwo posiadania?

piątek, 3 grudnia 2010

Święta Teresa? Super babka!

Ostatnio wieczory spędzam na czytaniu dzieł św. Teresy od Jezusa... Teraz czytam "Księgę fundacji". Cudowna książka. I wcale nie nudna ani ciężka, jak wielu by się spodziewało po tak wielkiej świętej. Odkąd pamiętam, kochałam św. Teresę od Dzieciątka Jezus, jest taka swojska, jej droga wydaje się jasna i prosta. Widocznie, by zabrać się za dzieła Teresy Wielkiej trzeba nabrać odwagi... heheh Ja nabrałam po obejrzeniu filmu o niej, który leciał niedawno na HBO bodajże. Film kontrowersyjny. Choć ładnie pokazuje problem życia zakonnego trzynastowiecznej Hiszpanii, to jednak mistycyzm świętych kobiet został zupełnie niezrozumiany przez reżysera lub celowo przekłamany, by film zyskał popularność. Chyba zamiar się nie udał, bo film jakoś głośny nie był hehehe. W każdym razie pokazuje, jak Teresa pragnąca jak największego zjednoczenia z Jezusem zawiedziona była stanem klasztoru, do którego wstąpiła. Gdzie na porządku dziennym był podział na siostry lepsze i gorsze, lepsze miały nawet służące, lepsze jedzenie, warunki i stroje, o klauzurze dawno zapomniano i wielu innych zasadach życia zakonnego zapomniano. Teresa pragnie powrotu do ścisłej reguły założycieli Karmelu i podejmuje się odnowy zakonu najpierw części żeńskiej, potem męskiej. To w skrócie. Mnie natomiast uderza jej ogromna pokora, której mi tak strasznie brakuje, i niesamowity realizm. Choć jest obdarzona wielkimi łaskami od Jezusa, nawet ma różne wizje, patrzy tak niesamowicie trzeźwo na świat, na życie, na relacje międzyludzkie. Choć nade wszystko kocha Jezusa, w życiu codziennym jest twardo stąpającą po ziemi babką, która robi wszystko, by zapewnić otwierać nowe klasztory, zapewnić swoim siostrom godziwe warunki, pomóc jeszcze tym, którzy tego potrzebują. A najbardziej się uśmiałam jak wychwalała pod niebiosa pokorę jednej inteligentnej siostry, która z posłuszeństwa sadziła w ogródku przyklasztornym zepsutego ogórka, bo Teresa - by wypróbować jej posłuszeństwo - kazała jej go zasadzić, bo na może coś z niego wyrośnie. hehehe

Mąż mój, choć dobrze zaznajomiony z mymi dziwnymi pasjami, dziwactwami dnia codziennego i innymi przywarami, z ciężkim jednak zdziwieniem patrzył, jak chichram się niemiłosiernie, czytając takie poważne na pierwszy rzut oka księgi. Pomyślał najwyraźniej, że oszalałam, bo moich jasnych wyjaśnień o ogórku nie zrozumiał ani trochę nie wiedzieć czemu.

W każdym razie nie dalej jak wczoraj czytałam o tym, jak święta musiała iść do niezbyt przychylnego im urzędnika prosić o pozwolenie na otwarcie klasztoru. Stanęła przed nim z wyznaniem, że choć szalone jest to, że tyle kobiet pragnie w ubóstwie i ogromnym wyrzeczeniu oddać swoje życie Jezusowi, to jeszcze bardziej szalone jest im w tym przeszkadzać. I tak mnie tknęło, że ciągle za mało szalona jestem dla Jezusa. Ciągle za bardzo małostkowa w stosunkach z bliźnimi, zwłaszcza z moim szefem, którego samo imię podnosi mi ciśnienie. Ciągle jestem za mało prostolinijna i otwarta na ludzi.

W każdym razie jutro jadę do Torunia, więc będę miała okazję się poćwiczyć w cnotach;)
Trzymajcie kciuki!

sobota, 6 listopada 2010

Zagryźć zęby i przetrwać

Kolejny tydzień dobiegł końca. Jak dobrze. Im szybciej czas teraz płynie, tym lepiej. Już bardzo bym chciała, by ten okropny rok się skończył. Szkoda, że nie da się wymazać z naszej pamięci za dotknięciem palca tego, co bolało, co raniło, co rozrywało serce… Takie rany jednak w nas po coś pozostają. Bo gdyby z korzyścią dla nas było wymazywanie z pamięci tego, co było przykre, bolesne, koszmarne, to na pewno Pan Bóg by tak nas zaplanował, że byłoby to możliwe. Jednak nie jest.

Mój szef doprowadza mnie do szału. Ochrzanił mnie wczoraj za jedno przekręcone zdanie w tekście, jakbym co najmniej jakąś herezję napisała. Wściekłam się i zareagowałam agresywnie. Ale nie powinnam była. Ale kurde, mną pomiata, a do innych do kurde to milutki. Ale nic, zagryzę zęby, będę się uśmiechać i jakoś wytrzymam... Mam nadzieję, że nie będę musiała długo tak funkcjonować. Jest mi strasznie przykro, naprawdę, bo nie wiem, czym sobie zasłużyłam na takie traktowanie. Rozumiem, że przez moją ciążę, mój szef nie wziął urlopu, ale... Ale każdy ma w d... drugiego, taki świat przecież jest, mój szef nie będzie inny.

Panie, Jezu, jak dobrze, że jesteś!

sobota, 23 października 2010

Pełen tydzień za mną:D

Minął pierwszy tydzień pracy:) Generalnie jest mi lepiej. Chyba jednak powrót mi dobrze zrobił. Mam zajęcie, nie mam czasu na płacze, jęki i rozpamiętywanie... Śnią mi się piękne sny... Parę dni temu śniło mi się, że kupujemy mieszkanie nad samym morzem, z pięknym tarasem... w Warszawie hihihi No Bogu dzięki nie śni mi się ten cholerny szpital!
W tym tygodniu miałam dużo wypadów na miasto, więc za dużo w redakcji nie siedziałam, co też miłe:D
No i spadł na mnnie pierwszy śnieg! Co prawda z deszczem, ale niesmak pozostał hihihi

środa, 13 października 2010

To był dziwny dzień

Znowu śnił mi się szpital. Już nie mam siły. Po takiej nocy jestem od nowa rozbita.

Potem przyszedł czas na pracę. Jechałam tam z drżeniem serca. Ale ludzie powitali mnie bardzo serdecznie. Część mnie wyściskała nawet. To było miłe bardzo. Usłyszałam, że w dobrym momencie wróciłam, bo jest sporo pracy. Na szczęście zmienili mi trochę rodzaj pracy, znaczy odebrali mi kawał odpowiedzialności, z czego się bardzo cieszę, bo wreszcie praca przestanie mi odbierać sen:D Dostałam nowe biurko, bo moje stare zostało zaanektowane przez pannę A. Na zdrówko:D
Ja się przeniosłam na drugą część sali, gdzie mam dużo słońca, nie będą już siedziała pod jarzeniówką i piekła się jak kurczak na rożnie:D Do tego będę siedzieć z dala od mojego szefa, co też jest miłe:D

Może będzie lepiej. Jakoś przetrwam:D

wtorek, 12 października 2010

Trzymajcie kciuki!

No. Mam zaświadczenie o lekarza medycyny pracy, że mogę pracować. Trzymajcie kciuki. Jutro pierwszys dzień. Może być ciężko. Nie wiem tylko jak dojadę do pracy, bo mam po drodze remont drogi:/

niedziela, 10 października 2010

A jednak będzie ciężko

Momentami chcę już wrócić do pracy. Zobaczę się z paroma wspaniałymi ludźmi, zajmę się robotą i normalnym życiem. Prawdopodobnie to już we środę, jak pan listonosz łaskawie przyniesie mi list polecony, w którym jest zaświadczenie od mojej pani doktor, że mogę pracować, a nasz listonosz to inna bajka, o której może kiedy indziej napiszę. W każdym razie mimo pewnych plusów powrotu do pracy, mój organizm się buntuje, co widać po moich dłoniach. W nocy zaczęły mnie potwornie swędzieć, a to znak, że z nerwów, których chyba sobie do końca nie uświadamiam, uwolniła się histamina... I teraz mam prawą dłoń całą w ranach, bo to już była druga taka noc.
Nie wiem, jak to będzie. Boję się kolejnych akcji, problemów z szefem egoistą i nie daj Boże pytań o powód mojej nieobecności...

czwartek, 7 października 2010

Powrót odwleczony

Miałam dziś wrócić do pracy. Już się cała stresowałam, bo raz moja praca sama w sobie jest stresująca, dwa - mój egoistyczn szef mnie stresuje, a trzy - nie wiem, czego sie spodziewać po ludziach. Czy oni wiedzą co się stało, oficjalnie nie mówilismy o ciąży, a jednak ponad 2-miesięczną nieobecność w pracy trudno tak po prostu wyjaśnić...

W każdym razie... nie poszłam do pracy, bo potrzebuję zaświadczenie od lekarza, że się do tej pracy nadaję... A czy się rzeczywiście nadaje??? Nie wiem. Szczerze mówiąc to bardzo w to wątpię, źle śpię, mam ciągłe wahania nastroju, codziennie jak zasypiam, mam przed oczami szpital... śnią mi się lekarze, przychodnie, szpitalne sale... Jakiś koszmar... Niech ten cholerny rok się skończy!

niedziela, 3 października 2010

Wyjaśnienie...

Założyłam sobie tego bloga, by dawać upust różnym emocjom, by pisać o tym, co dla mnie ważne, emocjonujące czy ciekawe... Oczywiście życie pokazało, że czasu brak, bardzo brak, by ze wszystkim nadążyć. Może, gdybym była mniej leniwa, lepiej zorganizowana, byłoby lepiej. Pewnie tak...
Ale myślę, że muszę tu wrócić, bo muszę wylać z siebie cały ból, jaki zalewa moje serce.

Byłam w ciąży. Jak to strasznie boli. Spodziewałam się dziecka. I nieważne, że było maleńkie, że nie miało centymetra wzrostu, że nie miało rączek i nóżek, że bardziej było drugą kreską na teście ciążowym czy po prostu świadomością, że jest...

Od początku czułam się źle. Zupełnie inaczej niż z pierwszym dzieckiem, no ale przecież każda ciąża jest inna. Oczywiście w pracy mój szef orzekł, że się obijam i zapewne jemu na złość siedzę sobie na dupie na zwolnieniu... no przecież powiedziałam kiedyś po ciężkim dniu w pracy, że jak zajdę w ciążę, to od razu pójdę na zwolnienie... no zapamiętał chłopak i na drugi dzień mojego zwolnienia poleciał z tym do szefowej... no to znaleźli od razu kogoś na moje miejsce, awansowali dziewczynę z inengo działu, posadzili przy moim biurku... Choć mówiłam w pracy, że ciąża jest poważnie zagrożona i że mogę szybko wrócić. Bo ja kurde czułam, że będzie źle... Nie miałam siły się modlić. Modliłam się, ale chyba te modlitwy dla innego dziecka zostały policzone. Moje zmarło.

Ciągle myślę, czy nie zrobiłam czegoś źle, czy za mało o nas dbałam, może za mało chciałam tego dziecka, może za mało je kochałam? No dobra, bałam się znowu pieluch i nieprzespanych nocy. A teraz tak bym chciała, by jakaś mordka darła się przez 3 godziny na moich rękach z powodu kolki... Mogłabym ją tulić, i nosić, i nie spać, i jeść ryż i gotowaną pierś kurczaka... A teraz zostałam sama, bez mojego Maluszka. Kto Go przutuli?

czwartek, 1 lipca 2010

Paranoja absurdem ganiana:)

No i dziś się okazało, że i mój szanowny małżonek nie dostał urlopu... Noż Pani i Władczyni naszego życia widocznie uznała, że zostawienie kilkuletniego dziecka samego w domu na jakieś 8 godzin to dobre rozwiązanie! Ja już szanownego męża uprzedziłam, że wezmę dziecko do pracy, bo Pani i Władczyni naszego marnego żywota została poinformowana, że nasz wybór tego a nie innego terminu urlopu nie jest podyktowany naszym egoistycznym widzimisię, planami pływania jachtem po Morzu Śródziemnym ani wycieczką na Karaiby, choć oczywiście mógłby być, bo co komu do tego, co ja w czasie urlopu robię, ale podyktowany był prozaicznym faktem zamknięcia przedszkola na czas krótkiego remontu. Niestety, nie mamy babci na emeryturze, która mogłaby się zająć naszym szkrabem, więc pozostaje nam jedno! Przyuczanie Syna do jego przyszłego zawodu od razu w redakcji:D

Panie Jezu, patrzysz i nie grzmisz? Ulituj się nad nami, robaczkami redakcyjnymi...

wtorek, 29 czerwca 2010

Zmiany, zmiany, zmiany...

Muszę wrócić na mojego bloga, by dać upust emocjom związanym z moją cudną pracą:D Musicie także i Wy, jeżeli jeszcze tu zaglądacie, Drodzy Czytelnicy, tak jak ja zakosztować absurdów mojego obecnego życia!

Mówię absurdów i już się śmieję, ale jeszcze parę dni temu płakałam z bezradności i wściekłości... To, co się dzieje, przechodzi bowiem wszelkie pojęcie. W mojej pracy dzieją się okropne rzeczy. Pracuję tam wiele lat i ja, naiwna, wierzyłam, że tak nie jest... Normalnie ostatni czas sprowadził mnie na ziemię. Moja szefowa uważa się panią i władczynią naszych marnych losów. Żeby to jeszcze było władztwo Salomonowe, to jakoś bym to zniosła, bo lubię słuchać mądrzejszych od siebie. Ale to władztwo jest iście niszczycielskie... Zniszczyła we mnie, choć pewnie i nie tylko, całą miłość do tej pracy, całą pasję, całe zaangażowanie. Już nawet nie wzrusza mnie fakt, że kolejna karteczka z moją wpadką wpadła do mojej teczuszki. Wybitnie rozbawiło mnie też dzisiejsze odrzucenie mojego podania o urlop zaległy, bo nie wykorzystałam urlopu zaległego... i nie dostanę urlopu póki go nie wykorzystam:D

Panie Jezu, rozumiem, że karzesz odebraniem zdrowego rozsądku?

sobota, 17 kwietnia 2010

Tak czekaliśmy na tę wiosnę...

...i przyszła. Po okropnej zimie, po nieustannych opadach śniegu, po mrozie, po brzydocie rozjechanego śniegu, przyszła... Wreszcie jest pięknie, tak jak wielu z nas tak bardzo czekało... ciepło, słonecznie, zielono... Kwitną kwiaty, śpiewają ptaki... ale dla naszego kraju to wiosna tragiczna. W minutę straciliśmy elitę naszego kraju. Pod Katyniem. Obok tego miejsca, gdzie przed 70 laty tysiące polskich oficerów zostało zastrzelonych przez Rosjan strzałem w tył głowy. Tragiczna wiosna... Zginęła Para Prezydencka Lech i Maria Kaczyńscy, generałowie Wojska Polskiego, przedstawiciele Rodzin Katyńskich, ks. bp Tadeusz Płoski, biskup polowy Wojska Polskiego, i wielu, wielu innych wspaniałych ludzi. To wielka tragedia dla naszej Ojczyzny.

Miliony ludzi wylały morze łez. Ja też. Wiele Rozmawiałam z paroma osobami, które tam zginęły. Wiele razy rozmawiałam z ks. bp. Tadeuszem Płoskim. Zawsze chętny do pomocy, do dania opinii, skomentowania czegoś. Pamiętam, że kiedyś złapałam go w zakrystii przed Mszą. Nawet wtedy był gotów mi odpowiadać na pytania... Ale tamta rozmowa nie ukazała się nigdy... Może jeszcze mam ją gdzieś zapisaną... Nie wiem... Robiłam wywiad tez z o. Józefem Jońcem, mimo że miał tak mało czasu, był bardzo pomocny i taki wdzięczny, że chcę pisać o Parafiadzie. I rozmawiałam jeszcze z innymi. Teraz takie dziwne, że ich nie ma. Cały tydzień w redakcji zbierałam wspomnienia o kapłanach, którzy zginęli. Ja ich nie znałam. Ale teraz wiem, że Polska i Kościół stracili tak wiele... Tyle mogli jeszcze zrobić dobrego... Odeszli na wieczną służbę Panu Niebieskiemu...

I różni ludzie z całego świata zaczęli do mnie przysyłać maile z kondolencjami, ze słowami wsparcia. Jak rodzina. W niedzielę dostałam nawet słowa kondolencji z ministerstwa turystyki Izraela! Mają mój mail jeszcze z pielgrzymki Benedykta XVI do Ziemi Świętej, którą relacjonowałam. Miło, że pomyśleli o Polakach. Ale nie tylko oni. Świat scrapkowy też! Pisałam wiele razy (nie tylko ja) o parafii redemptorystow w Wietnamie. Teraz oni modlili się za ofiary tragedii i za nasz kraj. To piękne.
Można by dużo pisać o tych dniach. O solidarności ludzi, o staniu 12 godzin w kolejce do pałacu prezydenckiego, by pokłonić się przez 2 sekundy Parze Prezydenckiej. 33 tony zniczy i kwiatów pod pałacem, pewnie będzie więcej. Cały świat przysłał do naszego kraju kondolencje. Prezydent USA, który przybędzie na pogrzeb Pary Prezydenckiej, po raz pierwszy będzie w naszym kraju, powiedział po tragedii "Dzisiaj wszyscy jesteśmy Polakami". Niestety, pojawili się ludzie, nawet gdzieś blisko mnie, dla których to nie jest tragedia, którzy mówią, że to nie ich żałoba. Brak słów. O tym lepiej nie mówić.

Zawsze lubiłam ten wiersz śp. Jacka Kaczmarskiego... Taki piękny, taki prawdziwy, tak dobrze oddaje tamtą tragedię. Nie wiemy czy przypadek czy nieprzypadek stał za tragedią sprzed tygodnia... Wieczny odpoczynek racz im dać, Panie...

Ciśnie się do światła niby warstwy skóry
Tłok patrzących twarzy spod ruszonej darni.
Spoglądają jedna zza drugiej - do góry -
Ale nie ma ruin. To nie gród wymarły.

Raz odkryte - krzyczą zatęchłymi usty,
Lecą sobie przez ręce wypróchniał w środku
W rów, co nigdy więcej nie będzie już pusty -
Ale nie ma krzyży. To nie groby przodków.

Sprzączki i guziki z orzełkiem ze rdzy,
Po miskach czerepów - robaków gonitwy,
Zgniłe zdjęcia, pamiątki, mapy miast i wsi -
Ale nie ma broni. To nie pole bitwy.

Może wszyscy byli na to samo chorzy?
Te same nad karkiem okrągłe urazy
Przez które do ziemi dar odpłynął boży -
Ale nie ma znaków, że to grób zarazy.

Jeszcze rosną drzewa, które to widziały,
Jeszcze ziemia pamięta kształt buta, smak krwi.
Niebo zna język, w którym komendy padały,
Nim padły wystrzały, którymi wciąż brzmi.

Ale to świadkowie żywi - więc stronniczy.
Zresztą, by ich słuchać - trzeba wejść do zony.
Na milczenie tych świadków może pan ich liczyć -
Pan powietrza i ziemi i drzew uwięzionych.

Oto świat bez śmierci. Świat śmierci bez mordu,
Świat mordu bez rozkazu, rozkazu bez głosu.
Świat głosu bez ciała i ciała bez Boga,
Świat Boga bez imienia, imienia - bez losu.

Jest tylko jedna taka świata strona,
Gdzie coś, co nie istnieje - wciąż o pomstę woła.
Gdzie już śmiechem nawet mogiła nie czczona,
Dół nieominięty - dla orła sokoła...

"O pewnym brzasku w katyńskim lasku
Strzelali do nas Sowieci..."
Jacek Kaczmarski
29.8.1985

O pewnym ranku w katyńskim lasku...
...co się stało?

wtorek, 30 marca 2010

Prezent urodzinowy?!?

Oj ciężki czas nastał dla Pyłka. Za swoją uczciwość, lojalność i dobre serce dostałam ostro po dupie. Ale - jak to wielu powtarza - kto ma miękkie serce, musi mieć twardą dupę.

W pracy zostałam potraktowana jak śmieć. Nieważne, że kochałam moją pracę i wkładałam w nią całe serce. Jedna rozmowa z szefostwem zabiła we mnie wszelką miłość do tej pracy. Za przewinienia mojego bezpośredniego szefa oberwałam ja! Zupełnie niewinnie, bo zawsze robiła to, co mój szef mi kazał. I nie mógł na mnie narzekać. Zawsze byłam słowna, szybka i mógł na mnie liczyć. Nieraz chora bardzo, o bladotrupim kolorze twarzy, chodziłam w niedzielę do redakcji, by "nie robić kłopotu mojemu szefowi". Ale za swoje starania, on jeszcze na mnie donosił wyżej. By ratować swoją dupę.
No nie skłamał. Narzekałam na pieniądze. Ale czyż robotnik nie jest godzien swej zapłaty? (1Tm 5,18) Ale firma chce, bym pracowała chyba charytatywnie, a jedynie mami mnie premiami. Może przez 7 lat dwa razy dostałam, i to raczej niewielkie. A kredyty spłaca się co miesiąc, podobnie równie regularnie płaci się za przedszkole czy jedzenie. A wracając do szefa mojego, to zamiast powiedzieć, że dobrze pracuję, dobrze piszę (bardzo mało poprawia moje teksty, to są raczej kosmetyczne poprawki), że on nie potrzebuje mojej pomocy jako redaktora, to on powiedział, że narzekam na pensję i nie chcę robić rzeczy, za które mi nikt nie płaci (ciekawe czy on by chciał, a już sam mi kiedyś narzekał, że robi za free w domu rzeczy i mu się tego nie chce, ale ja świnią nie jestem i nie poszłam z tym do szefostwa).
Przestrzegali mnie przed nim wcześniej. Ale ja głupia i naiwna myślałam, że się koleżanki z biurka obok, która dobrze pracuje, się nie podpie... do szefostwa. A tu taki klops. I jak mam z nim dłużej pracować?
taki o to prezent mam na 30.urodziny!

Chcę zmienić swoje życie, muszę. Mam już plan. Tylko Bożej pomocy potrzebuję...

Może to będzie mój prawdziwy prezent urodzinowy...

niedziela, 28 lutego 2010

Dziś politycznie hihihi

Z racji na zawód i własne zainteresowania interesuję się polityką. Poniekąd.
W każdym razie wybory na prezydenta interesują mnie bardziej niż kwestia likwidacji KRUS, choć bardzo słuszna. Niestety kandydata na mojego prezydenta nie ma. I trzeba będzie nie po chrześcijańsku w czasie najbliższych wyborów pozostać w domu. Na Lecha Kaczyńskiego drugi raz nie zagłosuję, bo niestety w najważniejszych kwestiach mnie zawiódł. Zabrakło mi u niego odwagi w bronieniu polskiej racji stanu na forum międzynarodowym. I zawiodła mnie jego żona, nagle zwolenniczka aborcji, biorąca udział w słynnym szabacie czarownic swego czasu z czołową blond dziennikarką naszego kraju na czele. Ale przyjdzie mi chyba emigrować, bo kontrkandydaci jeszcze gorsi. Dziś z kampanią ruszył pupilek PO Radek Sikorski. Nie wiem, czemu pisze Radek, bo wódki z nim nie piłam, i trochę śmieszy mnie spoufalenie własnego imienia z jego strony. W każdym razie dziś przedstawił swój program przy dźwiękach muzyki z filmu „Piraci z Karaibów” hahaha (swoją drogą naprawdę fajnyfilm). A głównym przesłaniem ministra spraw niepolskich jest potrzeba pozbawienia Lecha Kaczyńskiego władzy, o którym powiedział, że można być człowiekiem niskim, ale nie małym. I tu całą swą małość pokazał minister Sikorski. Jego programem zdaje się nie być dobro Polski, jego programem zdaje się być poniżanie obecnego prezydenta. Mam nadzieję, że Polacy nie dadzą się nabrać na jego uśmiech i wyćwiczone pozy (tak jak to było w przypadku Kwaśniewskiego TW Alek). Tylko problem będzie jeszcze jeden, na kogo głosować, jak na razie nie ma na kogo?

sobota, 27 lutego 2010

Pyłek się nawróci...

No dobra, postaram się pisać więcej. Co prawda ostatnie dwa tygodnie siedziałam w domku, więc prawie zapomniałam, jak się w ogóle pisze i może się jutro okazać, a już jutro idę do pracy (tak, w niedzielę, wrr, ale co zrobić, taki zawód), że ja już nie umiem pisać, redagować i nie wiem, czego jeszcze hihihi. Ale nic, trzeba wrócić do rzeczywistości... Jak dobrze, że wraca już wiosna. Mam nadzieję, że zapowiadane mrozy nie nadejdą jednak, a jak nadejdą, śnieg nas nie zasypie. Ja wiem, że piszę o bzdurach. A wiecie dlaczego? Bo ja nie mam problemów, oprócz finansowych, ale to pryszcz. Ja mam spokojne życie. Jedyna rzecz, jaka je przerywa, to wysypka na szyjce mojego dziecka. Ale szybko mija. Gdy patrzę na znajomych, bliższych i dalszych, czy na ludzi, którzy muszą się zmagać z przeciwnościami losu, to naprawdę cieszę się ze swojego spokoju. Choć kurcze, czasem myślę, co złego nam się wydarzy? Tak być nie może, że ciągle jest dobrze... Kurcze. No ale przecież nie można tak myśleć, trzeba ufać Bogu, że On nad nami czuwa i co się nie wydarzy, obróci się na nasze dobro. Zresztą już nie mało mam za sobą. Rzeczy trudne i okropne, o których nie myślę i nie mówię na trzeźwo. Rzeczy, o których wie tylko On.

Więc jak się nie cieszyć słońcem i coraz cieplejszymi dniami. I wielkimi kałużami, które zwiastują najpiękniejszą porę roku?

I jak nie zapominać o tych, którzy potrzebują naszej modlitwy szczególnie. Panie Jezu, Ty wiesz...

Pozdrowienia dla wszystkich, zwłaszcza dla ciężarnych!

wtorek, 23 lutego 2010

30. urodziny niebawem

Jeszcze trochę i skończę 30 lat. Dziwie to napisać. Jeszcze dziwniej to wypowiedzieć. heheheh No nic, jak będzie tort, to się najem, a co! I wypiję szampana!
A ja coraz częściej myślę o drugim dziecku. Dzisiaj śniło mi się, że zaczynam rodzić. To na pewno od częstego ostatnio przebywania z ciężarną sąsiadką. Nic, zwolnienie się skończy, to i głupie myśli się skończą... Miało być błyskotliwie i zabawnie. Wyszło nijak. Chyba zamknę tego bloga i tam niewiele osób tu zagląda hihihi. Całuski dla tych, co jednak zaglądają!

sobota, 30 stycznia 2010

Pyłek już nie ma żadnych problemów...

O ile wczoraj problemów miałam sto, o tyle dzisiaj nie mam ich wcale. Ani długi, ani kredyty nie stanowią już dla mnie problemu, ani brak tego i owego, ani otyłe ciało czy ani masakrycznie alergiczna skóra, ani śnieg, ani zimno, ani wkurzające decyzje tych, co zastępują szefostwo. Nic.

Po prostu trzeba sobie przypomnieć, że jesteśmy zdrowi, że mamy siły do pracy, do nauki, że żyjemy jak pączki w maśle. Bogu dzięki.

czwartek, 28 stycznia 2010

Ciekawy artykuł o islamie

Dziś wpadł mi w oczy ciekawy artykuł. O islamie. O jego genezie - o tym że ma rodowód judeo-chrześcijański, co jest bardzo interesujące, czego uczy, do czego prowadzi. Polecam wszystkim, do końca trzeba przeczytać, mimo że długie, ale naprawdę dobrze się czyta. Więc czytajmy... "Islam nie jest nową religią"

pozdrawiam wszystkich odwiedzających, jeżeli tacy jeszcze są...

poniedziałek, 11 stycznia 2010

Polska absurdem stoi

Ten blog miał mi być miejscem do dawania upustu moim emocjom związanym z otaczająca nas rzeczywistością. Emocji jest wiele. Czasu na ich rozważanie dużo mniej.

Jako ludzie pracujący w mediach wieczorem po powrocie do domu zasiadamy przed tv i oglądamy po kolei programy informacyjne. W sumie do końca nie wiem po co, bo zazwyczaj informacje, które podają, już znamy. Jednak bardzo ciekawy jest sam sposób ich przedstawienia, oceny sytuacji, wniosków i prognoz na przyszłość. Najciekawsze są jednak te programy, kiedy w kraju się nic nie dzieje, czyli sobotnie, niedzielne i świąteczne, a już najciekawsze są Bożonarodzeniowe, bo ilość informacji dziwnej treści rośnie w tempie zastraszającym.
Wczoraj powalił mnie materiał na TVP1 o kredytach tzw. hipotecznych i biednych ludziach, którzy za swoje "głupie" (chyba - według błyskotliwych reporterów Wiadomości) marzenie o własnym M muszą płacić do końca życia, i to jeszcze spłacają bankowi dwa razy więcej niż pożyczyli. Więc branie kredytów na mieszkanie jest więc według nich dziwną i niebezpieczną fanaberią biedoty. Niestety, reporterzy TVP nie zeszli ze swojego piedestału i nie zapytali zwykłych obywateli, jaka jest prawda. A prawda jest taka, że większość ludzi marzy o własnym M, by nie bujać się po wynajmowanych norach, nawet kosztem drogiego kredytu, bo przecież nie każdy ma pensyjkę jak pan redaktorek z Wiadomości.

Dziś za to w lżejszym tonie. No w sumie śmiać mi się chciało, ale tak z politowaniem. Wiecie, jaki jest dzisiaj dzień? Dzień Jazdy Metrem bez Spodni! Sic! Nie inaczej! Zdejmuj gacie i w drogę. Od Kabat po Młociny. Dobrze, że dużego mrozu niet.

Ale to Pikuś. Pan Pikuś. W Juesej (jak podała kiedyś KAI) w jednym ze stanów - w ramach walki z Bożym Narodzeniem i normalną religijnością - wymyślono, by obok tradycyjnej szopki przed urzędem miasta postawić ateistyczną budkę poświęconą zimowemu przesileniu i takim wolnomyślicielom jak Albert Einstein czy Bill Gates. Wykonana z drewnianej sklejki budka o wymiarach 2.4 na 1.2 m, na ścianach której przedstawione są informacje na temat historii zimowego przesilenia oraz ateizmu, a także prezentowane są zdjęcia – według stowarzyszenia – czołowych amerykańskich wolnomyślicieli, dumnie stanęła obok Maryi, Józefa i małego Dziecięcia, by udowadniać geniusz myśli ateistyczno-jednak-religijnej. Bo ateizm staje się religią z własnymi bożkami, których przecież tak nie lubi. Ot, ludzka natura jest religijna, więc jak wyrzucimy Boga chrześcijan, drzwiami i oknami będą włazić bożki głupoty, egoizmu i jeszcze wielu innych plag, o których pisać już dziś nie będę:/

niedziela, 10 stycznia 2010

Fajerwerki

I jeszcze dziś był pokaz dla Pyłka hihi. Prosto w salonowe okno. 5-minutowy. Cud, miód i orzeszki:)

piątek, 8 stycznia 2010

Jeszcze trochę wspomnień...

Oj, czas szybko leci. Już w niedzielę kończy się okres Bożego Narodzenia. Szkoda. Tak długo się na te święta czeka, właściwie już od października, dzięki szwedzkiemu sklepu meblowemu, który jeszcze przed uroczystością Wszystkich Świętych wystawił do sprzedaży komplety bombkowo-choinkowe. I nie wiadomo było czy kupować, czy się śmiać.

A teraz już po wszystkim. Choinka się sypie, choć sprzedawca twierdził, że nie będzie. Czekoladowe renifery i mikołaje dawno zjedzone, winko kupione na święta wypite do dna... Ech, teraz najgorszy czas przed nami. Przynajmniej dla mnie. Zimno, śnieżno, ciemno i nawet Bożego Narodzenia już nie będzie. Dobrze, że łikend idzie, zostanę w domu, odpocznę, odsapnę, nabiorę sił i dystansu do pracy. Bo ta mi ostatnio daje w kość. Nie, nie dlatego, że pracuję więcej, to akurat dobrze. Ale brak jasności, brak ładu i składu. Chaos. Przychodząc rano do pracy, nie wiem, czego się spodziewać. heheh Śmiesznie jest. Czasem robię tematy, które dla mnie są kosmosem. No coż, czasem i tak trzeba.

Dziś pisałam o Wietnamie. Policja przyjechała na cmentarz, by zburzyć krzyż. Prawie tysiąc funkcjonariuszy uzbrojonych po zęby przyjechało, by burzyć krzyż. Z psami. Przeciwko grupce katolików, którzy na kolanach błagali, by krzyża nie wysadzać. Katolików brutalnie pobito, krzyż wysadzono w powietrze. Ot, dzień w Wietnamie. Jak my tu sobie spokojnie żyjemy. Dyskusje z czytelnikami "Wybiórczej" to maksymalny wysiłek, jaki musimy czynić w obronie krzyża.

Dobrze mamy, dobrze mam. Narzekać nie mam na co. No może na podłogę, która za szybko się kurzy, na siebie, że zbyt dużo snu potrzebuję, by normalnie funkcjonować, na śnieg, który utrudnia wszystkim normalne życie. hhehhe

A teraz po tych błyskotliwych myślach kilka wspomnień z Wigilii: