Oj ciężki czas nastał dla Pyłka. Za swoją uczciwość, lojalność i dobre serce dostałam ostro po dupie. Ale - jak to wielu powtarza - kto ma miękkie serce, musi mieć twardą dupę.
W pracy zostałam potraktowana jak śmieć. Nieważne, że kochałam moją pracę i wkładałam w nią całe serce. Jedna rozmowa z szefostwem zabiła we mnie wszelką miłość do tej pracy. Za przewinienia mojego bezpośredniego szefa oberwałam ja! Zupełnie niewinnie, bo zawsze robiła to, co mój szef mi kazał. I nie mógł na mnie narzekać. Zawsze byłam słowna, szybka i mógł na mnie liczyć. Nieraz chora bardzo, o bladotrupim kolorze twarzy, chodziłam w niedzielę do redakcji, by "nie robić kłopotu mojemu szefowi". Ale za swoje starania, on jeszcze na mnie donosił wyżej. By ratować swoją dupę.
No nie skłamał. Narzekałam na pieniądze. Ale czyż robotnik nie jest godzien swej zapłaty? (1Tm 5,18) Ale firma chce, bym pracowała chyba charytatywnie, a jedynie mami mnie premiami. Może przez 7 lat dwa razy dostałam, i to raczej niewielkie. A kredyty spłaca się co miesiąc, podobnie równie regularnie płaci się za przedszkole czy jedzenie. A wracając do szefa mojego, to zamiast powiedzieć, że dobrze pracuję, dobrze piszę (bardzo mało poprawia moje teksty, to są raczej kosmetyczne poprawki), że on nie potrzebuje mojej pomocy jako redaktora, to on powiedział, że narzekam na pensję i nie chcę robić rzeczy, za które mi nikt nie płaci (ciekawe czy on by chciał, a już sam mi kiedyś narzekał, że robi za free w domu rzeczy i mu się tego nie chce, ale ja świnią nie jestem i nie poszłam z tym do szefostwa).
Przestrzegali mnie przed nim wcześniej. Ale ja głupia i naiwna myślałam, że się koleżanki z biurka obok, która dobrze pracuje, się nie podpie... do szefostwa. A tu taki klops. I jak mam z nim dłużej pracować?
taki o to prezent mam na 30.urodziny!
Chcę zmienić swoje życie, muszę. Mam już plan. Tylko Bożej pomocy potrzebuję...
Może to będzie mój prawdziwy prezent urodzinowy...