Pyłek ostatnio zaniedbał własnego bloga, co było do przewidzenia. Powrót do normalnej rzeczywistości zawsze jest dla Pyłka trudny, bo Pyłek stałość lubi. A do tego normalna rzeczywistość jest trudna. Szef egoista. Ma w nosie nie tylko Pyłka, ale także osoby spoza jego działu i bez najmniejszego oporu wykorzystuje je do swoich egoistycznych celów. Sąsiedzi egoiści. W sobotę wieczorem, już po 18. wzięli się za wiercenie dziur w ścianach, co Pyłek uważa za czyste chamstwo, bo wiadomo, że w sobotę wieczorem to każdy albo odpoczywa, albo się bawi i słuchanie wiertarki i jęków cierpiącej ściany nikogo nie kręci. Dziecię egoista. Cały dzień żąda mamusinego bądź tatusinego „lapoka” do prywatnej li tylko przyjemności oglądania ulubionego serialu w Internecie na jutubie, w jakości niegodnej ludzkiego oka.
A przecież wszyscy jesteśmy pyłkami we wszechświecie. Nikt nie lepszy czy gorszy, nikt nie ma więcej praw niż inni, ani mniej. Jak przyszliśmy, tak przeminiemy. Nie zabierzemy do grobu ani złotych monet - i nie ważne czy zdobytych uczciwie czy nie, ani ukradzionego innym czasu, ani radości z nieszczęścia innych... Czyż nie lepiej karmić swoją duszę dobrem, pięknem, miłością, przyjaźnią? A przynajmniej uczciwością i sprawiedliwością?
Pyłkowi żal ludzi pełnych gniewu, nienawiści do innych i egoizmu, zapatrzenia się we własne czarne serce, a nawet tylko poczerniałe.
Pewnie zaraz padnie pytanie, czy Pyłek sam nie jest egoistą. A i owszem, Pyłek odpowie, że tak, bo każdy nim być powinien w pewnym stopniu, choć może ideałem chrześcijańskiej ascezy jest postawa bycia prochem, nie pyłkiem, bo pyłek to jednak aspiruje w górę, a proch już nie… W każdym razie Pyłek jest egoistą, gdy wylegiwując się na kanapie, prosi współmałżonka o to i owo, by podał, gdy zjada cichaczem ostatni kęs pysznego ciasta, gdy zagarnia dla siebie większą część ciepłej kołdry…
I tak Pyłek w swoją prywatną niedzielę, jaką była wczorajsza sobota, nie odpoczął wcale. Bardziej się zmęczył raczej i dziś musiał w tak wyduźdanym stanie stawić się pracy. Pyłek liczy tylko jeszcze na chwilę przytulenia do Jezusowego serca w czasie wieczornej Eucharystii i ma nadzieję, że wieczór już będzie piękny.
niedziela, 24 maja 2009
poniedziałek, 18 maja 2009
Dom, domek, domeczek
Jak dobrze być w domu! Pyłek dawno tak się nie cieszył z pobytu w domu, jak teraz. Z własnego łóżka i własnej łazienki. Z sympatycznych sąsiadów, którzy czekali razem z Panem Mężem i Dziecięciem, by Pyłka powitać w kraju. Pyłka zawiało daleko, może za daleko. Może Pyłek się starzeje... ehehhehe Następnym razem wyjeżdża Pyłek tylko ze swoimi chłopakami, nie z obcymi!
Dziś Pyłka w pracy wszyscy pytali, jak było "na wycieczce"?!? Nie dość, że Pyłek spał po 6 godzina na dobę, a do w miarę normalnego funkcjonowania Pyłek potrzebuje minimum 10! Nie dość, że jedzenie Pyłkowi bardziej szkodziło niż wspomagało i brzuch Pyłka średnio co drugi dzień stawał się polem jakiejś poważnej bitwy. Nie dość, że Pyłek nie dojadał i przez to był słaby jak na porządnego Pyłka przystało i czasem ledwo wlókł swoje cinkie kończyny dolne pod górę, a gór w Ziemi Świętej nie brakuje. Nie dość, że pracował non spot przez 15 dni, bez chwili wytchnienia i niemyślenia o robocie, to jeszcze przyjdzie taka dziumdzia, co nos z redakcji wystawia raz na dwa lata i pyta się o wakacje Pyłka! Noż, Pyłek myślał, że kopnie w cztery litery! Ładna mi wycieczka. Wrrr Udusić, wytarmosić za uszy, wysłać kopniakiem na taką wycieczkę!
Znaczy Ziemia Święta jest piękna. Widoki, którymi Pyłek nakarmił oczęta i serce, na długo pozostaną w pamięci Pyłka... Ale... Ale po pierwsze nie było czasu na głębszą refleksję, na modlitwę, na dotknięcie tej Piątej Ewangelii, a po drugie nie było sensu pyłkowego życia - dwóch panów... I masz babo Pyłka. A każdy Pyłek - jak wiadomo powszechnie - bez sensu życia jest bezsensowny, marudny, zagubiony, złośliwy i wredny.
Niestety, Pyłkowe blogowanie ma jeden bardzo negatywny skutek (może ma więcej, ale na razie Pyłek o tym nie wie). Mianowicie, Pyłek nie ma ochoty opowiadać o swoich wojażach. Umysł Pyłka zarejestrował wywnętrznienie i koniec bomba, kto nie czytał, ten trąba. A trąb jest wiele, bo adres Pyłkowych wywodów jest tajny i zdecydowanie więcej go nie zna, niż zna. Amen.
A tu Pyłkowa radość - kwiatki w Pyłkowym ogródku:
Dziś Pyłka w pracy wszyscy pytali, jak było "na wycieczce"?!? Nie dość, że Pyłek spał po 6 godzina na dobę, a do w miarę normalnego funkcjonowania Pyłek potrzebuje minimum 10! Nie dość, że jedzenie Pyłkowi bardziej szkodziło niż wspomagało i brzuch Pyłka średnio co drugi dzień stawał się polem jakiejś poważnej bitwy. Nie dość, że Pyłek nie dojadał i przez to był słaby jak na porządnego Pyłka przystało i czasem ledwo wlókł swoje cinkie kończyny dolne pod górę, a gór w Ziemi Świętej nie brakuje. Nie dość, że pracował non spot przez 15 dni, bez chwili wytchnienia i niemyślenia o robocie, to jeszcze przyjdzie taka dziumdzia, co nos z redakcji wystawia raz na dwa lata i pyta się o wakacje Pyłka! Noż, Pyłek myślał, że kopnie w cztery litery! Ładna mi wycieczka. Wrrr Udusić, wytarmosić za uszy, wysłać kopniakiem na taką wycieczkę!
Znaczy Ziemia Święta jest piękna. Widoki, którymi Pyłek nakarmił oczęta i serce, na długo pozostaną w pamięci Pyłka... Ale... Ale po pierwsze nie było czasu na głębszą refleksję, na modlitwę, na dotknięcie tej Piątej Ewangelii, a po drugie nie było sensu pyłkowego życia - dwóch panów... I masz babo Pyłka. A każdy Pyłek - jak wiadomo powszechnie - bez sensu życia jest bezsensowny, marudny, zagubiony, złośliwy i wredny.
Niestety, Pyłkowe blogowanie ma jeden bardzo negatywny skutek (może ma więcej, ale na razie Pyłek o tym nie wie). Mianowicie, Pyłek nie ma ochoty opowiadać o swoich wojażach. Umysł Pyłka zarejestrował wywnętrznienie i koniec bomba, kto nie czytał, ten trąba. A trąb jest wiele, bo adres Pyłkowych wywodów jest tajny i zdecydowanie więcej go nie zna, niż zna. Amen.
A tu Pyłkowa radość - kwiatki w Pyłkowym ogródku:
niedziela, 17 maja 2009
Dzień dwunasty – koniec męki
Wstałam o świcie, wcale nie bez trudu, na umówioną 7.30 na śniadanie. Dziś trzeba wcześniej, bo wcześniej zaczynają się punkty programu papieskiego. Wykąpałam się, spakowałam, naszykowałam, wypachniłam, wymalowałam, 3 razy się przebrałam, bo okazało się, że mam zbyt jeszcze spalone rączki (choć już nie bolą wcale), by zakładać krótki rękaw. Pukam do drzwi moich towarzyszy niedoli. I co?
Siedząc na lotnisku w Zurychu napisałam tu końcówkę, ale coś źle zrobiłam i szlag to trafił. Nic, tak wyraźnie miało być!
Amen
Siedząc na lotnisku w Zurychu napisałam tu końcówkę, ale coś źle zrobiłam i szlag to trafił. Nic, tak wyraźnie miało być!
Amen
piątek, 15 maja 2009
Dzień jedenasty
Już jestem bardzo zmęczona, choć ten dzień był najmniej męczący. Wieczorem nie bolało mnie nic a nic. Ani stopy, ani mięśnie, ani spalone betlejemskim słońcem rączki, ani brzuch, ani żołądek, ani głowa. Nic. Gdyby nie zawalone uczuleniem oko – byłoby idealnie. Ale i tak jestem zadowolona i tryskam energią. Dzień cały Boży spędziliśmy w centrum prasowym. Praca. Praca. Praca. Nie wydarzyło się nic szczególnego, oprócz wielkiej kłótni moich kolegów. Kolega numer jeden, z którym już nieraz jeździłam na różne wyjazdy, kłócił się z kolegą numer dwa, z którym jestem po raz pierwszy, więc dopiero obserwuję jego zachowanie i wyciągam pierwsze wnioski. Kolega numer jeden to naprawdę fajny facet, którego bardzo lubię. Możemy sobie pogadać, powygłupiać się, pożartować, pośmiać się. Ale to pryszcz, bo z kolegą numer dwa też można to robić. Ale kolega numer jeden ma wielką przewagę, którą sobie bardzo cenię u ludzi. A mianowicie troszczy się o innych. Sam pomyśli, jak może pomóc, jak sprawić przyjemność, jak podzielić się z towarzyszem niedoli tym, co ma. Wszystko robi bezinteresownie. Widzi, że druga osoba się źle czuje, pyta, szuka pomocy, pomoże. Z taką osobą dobrze wyjeżdżać na takie delegacje, bo człowiek wie, że w razie czego ktoś mu pomoże. Natomiast kolega numer dwa jest trochę inny. Idzie do przodu, nie odwracając się do tyłu, czy reszta wycieczki też idzie. Nie widzi problemów. On ma PLAN i przyjechał tu, by go wykonać. Nawet za cenę jakiegoś dobra innych. I nie znoszę takiej postawy. Nie znoszę nie myślenia o innych. Nie mówię o całym wielkim świecie. Mówię o tych, z którymi pracujemy, z którymi przebywamy w tym momencie 24 godziny na dobę, z którymi jemy wszystkie posiłki, z którymi pracujemy i odpoczywamy po ciężkim dniu. Nawet jeżeli wcześniej byliśmy sobie obcy, już tacy nie jesteśmy. No więc w owej kłótni musiałam poprzeć kolegę numer jeden i jakoś go wesprzeć. Bo kurde felek przyjechał tyle kilometrów tutaj, by się nudzić. Super.
W każdym razie jak już kłótnia się skończyła, kolega numer dwa oddalił się od nas, chyba na chwilę refleksji, choć nie wiem, a my z kolegą numer jeden udaliśmy się do hotelu. Tym razem udało się bez problemów.
I ot nudy u mnie.
A urodziny męża przeżyłam z dala od niego. A 33 lata to nie przelewki!
W każdym razie jak już kłótnia się skończyła, kolega numer dwa oddalił się od nas, chyba na chwilę refleksji, choć nie wiem, a my z kolegą numer jeden udaliśmy się do hotelu. Tym razem udało się bez problemów.
I ot nudy u mnie.
A urodziny męża przeżyłam z dala od niego. A 33 lata to nie przelewki!
czwartek, 14 maja 2009
Dzień dziesiąty
Poranna pobudka była wyjątkowo trudna. Ale nie było wyjścia. Jesteśmy w Betlejem. O 10.00 Msza z Papieżem na placu Żłóbka. Piękne jest Betlejem. Aż trudno uwierzyć, że było tak zniszczone po ostatniej intifadzie.
Autonomia Palestyńska zupełnie inaczej witała Ojca Świętego. Tu pełno flag, plakatów i bannerów. Tu jest dużo więcej chrześcijan. Widać inną atmosferę. Znajomy ksiądz pomógł nam dostać się w super miejsce blisko ołtarza. Cały czas widziałam Papieża. Czasami musiałam tylko stanąć na własnym krześle. Kolega zostawił mi dużo lepszy obiektyw niż mój własny, dzięki czemu mogłam sobie radośnie robić fotki!
Słońce spaliło mi skórę. Mam czerwone rączki i twarz. Teraz wyglądam jak siedem nieszczęść dopiero. Coż, jak nie urok, to...
Po Mszy i pisaniu tekstu musieliśmy wrócić do Jerozolimy. Opatrzność nad nami czuwała! Najpierw taksówkarz nas wywiózł na inne przejście, bo to, na które chcieliśmy dotrzeć, by nie wiadomo, na jak długo zamknięte z powodu przejazdu Papieża... Tam spotkaliśmy niemieckiego publicystę katolickiego z sekretarką, która znała polski, którzy nas swoim autem zawieźli do Jerozolimy... Super. Odeszło nam szukanie śmierdzących szerutów (czytaj: autobusów). Ale w samym Jerusalem zaczęły się schody. Sił na spacer na naszą Górę Oliwną nie mieliśmy, więc postanowiliśmy szukać taxi. Taxi w końcu znaleźliśmy, ale nasz dojazd był utrudniony, bo drogi dojazdowe do Góry Oliwnej były zablokowane przez kolumnę papieską i żołnierzy ją ochraniających. Ale na szczęście trafiliśmy na takiego taksówkarza, któremu się chciało kombinować, bo tutaj to nie takie oczywiste... Cudem dotarliśmy do hotelu. Tym razem mam słaby widok z pokoju:/ Padłam jak mucha.
Betlejem. Miasto wiecznego Bożego Narodzenia:








Autonomia Palestyńska zupełnie inaczej witała Ojca Świętego. Tu pełno flag, plakatów i bannerów. Tu jest dużo więcej chrześcijan. Widać inną atmosferę. Znajomy ksiądz pomógł nam dostać się w super miejsce blisko ołtarza. Cały czas widziałam Papieża. Czasami musiałam tylko stanąć na własnym krześle. Kolega zostawił mi dużo lepszy obiektyw niż mój własny, dzięki czemu mogłam sobie radośnie robić fotki!
Słońce spaliło mi skórę. Mam czerwone rączki i twarz. Teraz wyglądam jak siedem nieszczęść dopiero. Coż, jak nie urok, to...
Po Mszy i pisaniu tekstu musieliśmy wrócić do Jerozolimy. Opatrzność nad nami czuwała! Najpierw taksówkarz nas wywiózł na inne przejście, bo to, na które chcieliśmy dotrzeć, by nie wiadomo, na jak długo zamknięte z powodu przejazdu Papieża... Tam spotkaliśmy niemieckiego publicystę katolickiego z sekretarką, która znała polski, którzy nas swoim autem zawieźli do Jerozolimy... Super. Odeszło nam szukanie śmierdzących szerutów (czytaj: autobusów). Ale w samym Jerusalem zaczęły się schody. Sił na spacer na naszą Górę Oliwną nie mieliśmy, więc postanowiliśmy szukać taxi. Taxi w końcu znaleźliśmy, ale nasz dojazd był utrudniony, bo drogi dojazdowe do Góry Oliwnej były zablokowane przez kolumnę papieską i żołnierzy ją ochraniających. Ale na szczęście trafiliśmy na takiego taksówkarza, któremu się chciało kombinować, bo tutaj to nie takie oczywiste... Cudem dotarliśmy do hotelu. Tym razem mam słaby widok z pokoju:/ Padłam jak mucha.
Betlejem. Miasto wiecznego Bożego Narodzenia:
Dzień dziewiąty cd.
Dzień był okropny. Już do wieczora czułam się fatalnie. Do tego doszło osłabienie związane z niespożywaniem żadnych posiłków od śniadania dnia ósmego. Nie popracowałam wiele. Nie miałam siły pracować. Próbowaliśmy z kolegą dostać się na Mszę w Dolinie Jozafata, ale nasz nie wpuścili, więc poszliśmy do Bazyliki Grobu Bożego. Było bardzo mało ludzi. Mogliśmy się spokojnie pomodlić, wejść do grobu, na spokojnie, w ciszy, bez zgiełku i tłumów. We wszystkich poleconych mi intencjach odmówiłam między innymi Koronkę do Miłosierdzia Bożego przy skale, gdzie Jezus został ukrzyżowany.
Dzień zakończony ogromnym zmęczeniem i lampką wina w Betlejem.
Dzień zakończony ogromnym zmęczeniem i lampką wina w Betlejem.
wtorek, 12 maja 2009
Dzień dziewiąty
Znowu jestem umierająca. Może dobrze, że wczoraj nic nie jadłam, bo pewnie bym nie wychodziła z restroomu. Zaraz idziemy na śniadanie. Łyknę sobie herbatę z enterolem. Mam nadzieję, że szybko przejdzie ten okropny ból brzucha.
Do bólu brzucha doszedł potworny ból głowy... Umrę dzisiaj na pewno. Pochowajcie mnie na Górze Oliwnej.
Do bólu brzucha doszedł potworny ból głowy... Umrę dzisiaj na pewno. Pochowajcie mnie na Górze Oliwnej.
Subskrybuj:
Posty (Atom)