wtorek, 12 października 2010
Trzymajcie kciuki!
No. Mam zaświadczenie o lekarza medycyny pracy, że mogę pracować. Trzymajcie kciuki. Jutro pierwszys dzień. Może być ciężko. Nie wiem tylko jak dojadę do pracy, bo mam po drodze remont drogi:/
niedziela, 10 października 2010
A jednak będzie ciężko
Momentami chcę już wrócić do pracy. Zobaczę się z paroma wspaniałymi ludźmi, zajmę się robotą i normalnym życiem. Prawdopodobnie to już we środę, jak pan listonosz łaskawie przyniesie mi list polecony, w którym jest zaświadczenie od mojej pani doktor, że mogę pracować, a nasz listonosz to inna bajka, o której może kiedy indziej napiszę. W każdym razie mimo pewnych plusów powrotu do pracy, mój organizm się buntuje, co widać po moich dłoniach. W nocy zaczęły mnie potwornie swędzieć, a to znak, że z nerwów, których chyba sobie do końca nie uświadamiam, uwolniła się histamina... I teraz mam prawą dłoń całą w ranach, bo to już była druga taka noc.
Nie wiem, jak to będzie. Boję się kolejnych akcji, problemów z szefem egoistą i nie daj Boże pytań o powód mojej nieobecności...
Nie wiem, jak to będzie. Boję się kolejnych akcji, problemów z szefem egoistą i nie daj Boże pytań o powód mojej nieobecności...
czwartek, 7 października 2010
Powrót odwleczony
Miałam dziś wrócić do pracy. Już się cała stresowałam, bo raz moja praca sama w sobie jest stresująca, dwa - mój egoistyczn szef mnie stresuje, a trzy - nie wiem, czego sie spodziewać po ludziach. Czy oni wiedzą co się stało, oficjalnie nie mówilismy o ciąży, a jednak ponad 2-miesięczną nieobecność w pracy trudno tak po prostu wyjaśnić...
W każdym razie... nie poszłam do pracy, bo potrzebuję zaświadczenie od lekarza, że się do tej pracy nadaję... A czy się rzeczywiście nadaje??? Nie wiem. Szczerze mówiąc to bardzo w to wątpię, źle śpię, mam ciągłe wahania nastroju, codziennie jak zasypiam, mam przed oczami szpital... śnią mi się lekarze, przychodnie, szpitalne sale... Jakiś koszmar... Niech ten cholerny rok się skończy!
W każdym razie... nie poszłam do pracy, bo potrzebuję zaświadczenie od lekarza, że się do tej pracy nadaję... A czy się rzeczywiście nadaje??? Nie wiem. Szczerze mówiąc to bardzo w to wątpię, źle śpię, mam ciągłe wahania nastroju, codziennie jak zasypiam, mam przed oczami szpital... śnią mi się lekarze, przychodnie, szpitalne sale... Jakiś koszmar... Niech ten cholerny rok się skończy!
niedziela, 3 października 2010
Wyjaśnienie...
Założyłam sobie tego bloga, by dawać upust różnym emocjom, by pisać o tym, co dla mnie ważne, emocjonujące czy ciekawe... Oczywiście życie pokazało, że czasu brak, bardzo brak, by ze wszystkim nadążyć. Może, gdybym była mniej leniwa, lepiej zorganizowana, byłoby lepiej. Pewnie tak...
Ale myślę, że muszę tu wrócić, bo muszę wylać z siebie cały ból, jaki zalewa moje serce.
Byłam w ciąży. Jak to strasznie boli. Spodziewałam się dziecka. I nieważne, że było maleńkie, że nie miało centymetra wzrostu, że nie miało rączek i nóżek, że bardziej było drugą kreską na teście ciążowym czy po prostu świadomością, że jest...
Od początku czułam się źle. Zupełnie inaczej niż z pierwszym dzieckiem, no ale przecież każda ciąża jest inna. Oczywiście w pracy mój szef orzekł, że się obijam i zapewne jemu na złość siedzę sobie na dupie na zwolnieniu... no przecież powiedziałam kiedyś po ciężkim dniu w pracy, że jak zajdę w ciążę, to od razu pójdę na zwolnienie... no zapamiętał chłopak i na drugi dzień mojego zwolnienia poleciał z tym do szefowej... no to znaleźli od razu kogoś na moje miejsce, awansowali dziewczynę z inengo działu, posadzili przy moim biurku... Choć mówiłam w pracy, że ciąża jest poważnie zagrożona i że mogę szybko wrócić. Bo ja kurde czułam, że będzie źle... Nie miałam siły się modlić. Modliłam się, ale chyba te modlitwy dla innego dziecka zostały policzone. Moje zmarło.
Ciągle myślę, czy nie zrobiłam czegoś źle, czy za mało o nas dbałam, może za mało chciałam tego dziecka, może za mało je kochałam? No dobra, bałam się znowu pieluch i nieprzespanych nocy. A teraz tak bym chciała, by jakaś mordka darła się przez 3 godziny na moich rękach z powodu kolki... Mogłabym ją tulić, i nosić, i nie spać, i jeść ryż i gotowaną pierś kurczaka... A teraz zostałam sama, bez mojego Maluszka. Kto Go przutuli?
Ale myślę, że muszę tu wrócić, bo muszę wylać z siebie cały ból, jaki zalewa moje serce.
Byłam w ciąży. Jak to strasznie boli. Spodziewałam się dziecka. I nieważne, że było maleńkie, że nie miało centymetra wzrostu, że nie miało rączek i nóżek, że bardziej było drugą kreską na teście ciążowym czy po prostu świadomością, że jest...
Od początku czułam się źle. Zupełnie inaczej niż z pierwszym dzieckiem, no ale przecież każda ciąża jest inna. Oczywiście w pracy mój szef orzekł, że się obijam i zapewne jemu na złość siedzę sobie na dupie na zwolnieniu... no przecież powiedziałam kiedyś po ciężkim dniu w pracy, że jak zajdę w ciążę, to od razu pójdę na zwolnienie... no zapamiętał chłopak i na drugi dzień mojego zwolnienia poleciał z tym do szefowej... no to znaleźli od razu kogoś na moje miejsce, awansowali dziewczynę z inengo działu, posadzili przy moim biurku... Choć mówiłam w pracy, że ciąża jest poważnie zagrożona i że mogę szybko wrócić. Bo ja kurde czułam, że będzie źle... Nie miałam siły się modlić. Modliłam się, ale chyba te modlitwy dla innego dziecka zostały policzone. Moje zmarło.
Ciągle myślę, czy nie zrobiłam czegoś źle, czy za mało o nas dbałam, może za mało chciałam tego dziecka, może za mało je kochałam? No dobra, bałam się znowu pieluch i nieprzespanych nocy. A teraz tak bym chciała, by jakaś mordka darła się przez 3 godziny na moich rękach z powodu kolki... Mogłabym ją tulić, i nosić, i nie spać, i jeść ryż i gotowaną pierś kurczaka... A teraz zostałam sama, bez mojego Maluszka. Kto Go przutuli?
czwartek, 1 lipca 2010
Paranoja absurdem ganiana:)
No i dziś się okazało, że i mój szanowny małżonek nie dostał urlopu... Noż Pani i Władczyni naszego życia widocznie uznała, że zostawienie kilkuletniego dziecka samego w domu na jakieś 8 godzin to dobre rozwiązanie! Ja już szanownego męża uprzedziłam, że wezmę dziecko do pracy, bo Pani i Władczyni naszego marnego żywota została poinformowana, że nasz wybór tego a nie innego terminu urlopu nie jest podyktowany naszym egoistycznym widzimisię, planami pływania jachtem po Morzu Śródziemnym ani wycieczką na Karaiby, choć oczywiście mógłby być, bo co komu do tego, co ja w czasie urlopu robię, ale podyktowany był prozaicznym faktem zamknięcia przedszkola na czas krótkiego remontu. Niestety, nie mamy babci na emeryturze, która mogłaby się zająć naszym szkrabem, więc pozostaje nam jedno! Przyuczanie Syna do jego przyszłego zawodu od razu w redakcji:D
Panie Jezu, patrzysz i nie grzmisz? Ulituj się nad nami, robaczkami redakcyjnymi...
Panie Jezu, patrzysz i nie grzmisz? Ulituj się nad nami, robaczkami redakcyjnymi...
wtorek, 29 czerwca 2010
Zmiany, zmiany, zmiany...
Muszę wrócić na mojego bloga, by dać upust emocjom związanym z moją cudną pracą:D Musicie także i Wy, jeżeli jeszcze tu zaglądacie, Drodzy Czytelnicy, tak jak ja zakosztować absurdów mojego obecnego życia!
Mówię absurdów i już się śmieję, ale jeszcze parę dni temu płakałam z bezradności i wściekłości... To, co się dzieje, przechodzi bowiem wszelkie pojęcie. W mojej pracy dzieją się okropne rzeczy. Pracuję tam wiele lat i ja, naiwna, wierzyłam, że tak nie jest... Normalnie ostatni czas sprowadził mnie na ziemię. Moja szefowa uważa się panią i władczynią naszych marnych losów. Żeby to jeszcze było władztwo Salomonowe, to jakoś bym to zniosła, bo lubię słuchać mądrzejszych od siebie. Ale to władztwo jest iście niszczycielskie... Zniszczyła we mnie, choć pewnie i nie tylko, całą miłość do tej pracy, całą pasję, całe zaangażowanie. Już nawet nie wzrusza mnie fakt, że kolejna karteczka z moją wpadką wpadła do mojej teczuszki. Wybitnie rozbawiło mnie też dzisiejsze odrzucenie mojego podania o urlop zaległy, bo nie wykorzystałam urlopu zaległego... i nie dostanę urlopu póki go nie wykorzystam:D
Panie Jezu, rozumiem, że karzesz odebraniem zdrowego rozsądku?
Mówię absurdów i już się śmieję, ale jeszcze parę dni temu płakałam z bezradności i wściekłości... To, co się dzieje, przechodzi bowiem wszelkie pojęcie. W mojej pracy dzieją się okropne rzeczy. Pracuję tam wiele lat i ja, naiwna, wierzyłam, że tak nie jest... Normalnie ostatni czas sprowadził mnie na ziemię. Moja szefowa uważa się panią i władczynią naszych marnych losów. Żeby to jeszcze było władztwo Salomonowe, to jakoś bym to zniosła, bo lubię słuchać mądrzejszych od siebie. Ale to władztwo jest iście niszczycielskie... Zniszczyła we mnie, choć pewnie i nie tylko, całą miłość do tej pracy, całą pasję, całe zaangażowanie. Już nawet nie wzrusza mnie fakt, że kolejna karteczka z moją wpadką wpadła do mojej teczuszki. Wybitnie rozbawiło mnie też dzisiejsze odrzucenie mojego podania o urlop zaległy, bo nie wykorzystałam urlopu zaległego... i nie dostanę urlopu póki go nie wykorzystam:D
Panie Jezu, rozumiem, że karzesz odebraniem zdrowego rozsądku?
sobota, 17 kwietnia 2010
Tak czekaliśmy na tę wiosnę...
...i przyszła. Po okropnej zimie, po nieustannych opadach śniegu, po mrozie, po brzydocie rozjechanego śniegu, przyszła... Wreszcie jest pięknie, tak jak wielu z nas tak bardzo czekało... ciepło, słonecznie, zielono... Kwitną kwiaty, śpiewają ptaki... ale dla naszego kraju to wiosna tragiczna. W minutę straciliśmy elitę naszego kraju. Pod Katyniem. Obok tego miejsca, gdzie przed 70 laty tysiące polskich oficerów zostało zastrzelonych przez Rosjan strzałem w tył głowy. Tragiczna wiosna... Zginęła Para Prezydencka Lech i Maria Kaczyńscy, generałowie Wojska Polskiego, przedstawiciele Rodzin Katyńskich, ks. bp Tadeusz Płoski, biskup polowy Wojska Polskiego, i wielu, wielu innych wspaniałych ludzi. To wielka tragedia dla naszej Ojczyzny.
Miliony ludzi wylały morze łez. Ja też. Wiele Rozmawiałam z paroma osobami, które tam zginęły. Wiele razy rozmawiałam z ks. bp. Tadeuszem Płoskim. Zawsze chętny do pomocy, do dania opinii, skomentowania czegoś. Pamiętam, że kiedyś złapałam go w zakrystii przed Mszą. Nawet wtedy był gotów mi odpowiadać na pytania... Ale tamta rozmowa nie ukazała się nigdy... Może jeszcze mam ją gdzieś zapisaną... Nie wiem... Robiłam wywiad tez z o. Józefem Jońcem, mimo że miał tak mało czasu, był bardzo pomocny i taki wdzięczny, że chcę pisać o Parafiadzie. I rozmawiałam jeszcze z innymi. Teraz takie dziwne, że ich nie ma. Cały tydzień w redakcji zbierałam wspomnienia o kapłanach, którzy zginęli. Ja ich nie znałam. Ale teraz wiem, że Polska i Kościół stracili tak wiele... Tyle mogli jeszcze zrobić dobrego... Odeszli na wieczną służbę Panu Niebieskiemu...
I różni ludzie z całego świata zaczęli do mnie przysyłać maile z kondolencjami, ze słowami wsparcia. Jak rodzina. W niedzielę dostałam nawet słowa kondolencji z ministerstwa turystyki Izraela! Mają mój mail jeszcze z pielgrzymki Benedykta XVI do Ziemi Świętej, którą relacjonowałam. Miło, że pomyśleli o Polakach. Ale nie tylko oni. Świat scrapkowy też! Pisałam wiele razy (nie tylko ja) o parafii redemptorystow w Wietnamie. Teraz oni modlili się za ofiary tragedii i za nasz kraj. To piękne.
Można by dużo pisać o tych dniach. O solidarności ludzi, o staniu 12 godzin w kolejce do pałacu prezydenckiego, by pokłonić się przez 2 sekundy Parze Prezydenckiej. 33 tony zniczy i kwiatów pod pałacem, pewnie będzie więcej. Cały świat przysłał do naszego kraju kondolencje. Prezydent USA, który przybędzie na pogrzeb Pary Prezydenckiej, po raz pierwszy będzie w naszym kraju, powiedział po tragedii "Dzisiaj wszyscy jesteśmy Polakami". Niestety, pojawili się ludzie, nawet gdzieś blisko mnie, dla których to nie jest tragedia, którzy mówią, że to nie ich żałoba. Brak słów. O tym lepiej nie mówić.
Zawsze lubiłam ten wiersz śp. Jacka Kaczmarskiego... Taki piękny, taki prawdziwy, tak dobrze oddaje tamtą tragedię. Nie wiemy czy przypadek czy nieprzypadek stał za tragedią sprzed tygodnia... Wieczny odpoczynek racz im dać, Panie...
Ciśnie się do światła niby warstwy skóry
Tłok patrzących twarzy spod ruszonej darni.
Spoglądają jedna zza drugiej - do góry -
Ale nie ma ruin. To nie gród wymarły.
Raz odkryte - krzyczą zatęchłymi usty,
Lecą sobie przez ręce wypróchniał w środku
W rów, co nigdy więcej nie będzie już pusty -
Ale nie ma krzyży. To nie groby przodków.
Sprzączki i guziki z orzełkiem ze rdzy,
Po miskach czerepów - robaków gonitwy,
Zgniłe zdjęcia, pamiątki, mapy miast i wsi -
Ale nie ma broni. To nie pole bitwy.
Może wszyscy byli na to samo chorzy?
Te same nad karkiem okrągłe urazy
Przez które do ziemi dar odpłynął boży -
Ale nie ma znaków, że to grób zarazy.
Jeszcze rosną drzewa, które to widziały,
Jeszcze ziemia pamięta kształt buta, smak krwi.
Niebo zna język, w którym komendy padały,
Nim padły wystrzały, którymi wciąż brzmi.
Ale to świadkowie żywi - więc stronniczy.
Zresztą, by ich słuchać - trzeba wejść do zony.
Na milczenie tych świadków może pan ich liczyć -
Pan powietrza i ziemi i drzew uwięzionych.
Oto świat bez śmierci. Świat śmierci bez mordu,
Świat mordu bez rozkazu, rozkazu bez głosu.
Świat głosu bez ciała i ciała bez Boga,
Świat Boga bez imienia, imienia - bez losu.
Jest tylko jedna taka świata strona,
Gdzie coś, co nie istnieje - wciąż o pomstę woła.
Gdzie już śmiechem nawet mogiła nie czczona,
Dół nieominięty - dla orła sokoła...
"O pewnym brzasku w katyńskim lasku
Strzelali do nas Sowieci..."
Jacek Kaczmarski
29.8.1985
O pewnym ranku w katyńskim lasku...
...co się stało?
Miliony ludzi wylały morze łez. Ja też. Wiele Rozmawiałam z paroma osobami, które tam zginęły. Wiele razy rozmawiałam z ks. bp. Tadeuszem Płoskim. Zawsze chętny do pomocy, do dania opinii, skomentowania czegoś. Pamiętam, że kiedyś złapałam go w zakrystii przed Mszą. Nawet wtedy był gotów mi odpowiadać na pytania... Ale tamta rozmowa nie ukazała się nigdy... Może jeszcze mam ją gdzieś zapisaną... Nie wiem... Robiłam wywiad tez z o. Józefem Jońcem, mimo że miał tak mało czasu, był bardzo pomocny i taki wdzięczny, że chcę pisać o Parafiadzie. I rozmawiałam jeszcze z innymi. Teraz takie dziwne, że ich nie ma. Cały tydzień w redakcji zbierałam wspomnienia o kapłanach, którzy zginęli. Ja ich nie znałam. Ale teraz wiem, że Polska i Kościół stracili tak wiele... Tyle mogli jeszcze zrobić dobrego... Odeszli na wieczną służbę Panu Niebieskiemu...
I różni ludzie z całego świata zaczęli do mnie przysyłać maile z kondolencjami, ze słowami wsparcia. Jak rodzina. W niedzielę dostałam nawet słowa kondolencji z ministerstwa turystyki Izraela! Mają mój mail jeszcze z pielgrzymki Benedykta XVI do Ziemi Świętej, którą relacjonowałam. Miło, że pomyśleli o Polakach. Ale nie tylko oni. Świat scrapkowy też! Pisałam wiele razy (nie tylko ja) o parafii redemptorystow w Wietnamie. Teraz oni modlili się za ofiary tragedii i za nasz kraj. To piękne.
Można by dużo pisać o tych dniach. O solidarności ludzi, o staniu 12 godzin w kolejce do pałacu prezydenckiego, by pokłonić się przez 2 sekundy Parze Prezydenckiej. 33 tony zniczy i kwiatów pod pałacem, pewnie będzie więcej. Cały świat przysłał do naszego kraju kondolencje. Prezydent USA, który przybędzie na pogrzeb Pary Prezydenckiej, po raz pierwszy będzie w naszym kraju, powiedział po tragedii "Dzisiaj wszyscy jesteśmy Polakami". Niestety, pojawili się ludzie, nawet gdzieś blisko mnie, dla których to nie jest tragedia, którzy mówią, że to nie ich żałoba. Brak słów. O tym lepiej nie mówić.
Zawsze lubiłam ten wiersz śp. Jacka Kaczmarskiego... Taki piękny, taki prawdziwy, tak dobrze oddaje tamtą tragedię. Nie wiemy czy przypadek czy nieprzypadek stał za tragedią sprzed tygodnia... Wieczny odpoczynek racz im dać, Panie...
Ciśnie się do światła niby warstwy skóry
Tłok patrzących twarzy spod ruszonej darni.
Spoglądają jedna zza drugiej - do góry -
Ale nie ma ruin. To nie gród wymarły.
Raz odkryte - krzyczą zatęchłymi usty,
Lecą sobie przez ręce wypróchniał w środku
W rów, co nigdy więcej nie będzie już pusty -
Ale nie ma krzyży. To nie groby przodków.
Sprzączki i guziki z orzełkiem ze rdzy,
Po miskach czerepów - robaków gonitwy,
Zgniłe zdjęcia, pamiątki, mapy miast i wsi -
Ale nie ma broni. To nie pole bitwy.
Może wszyscy byli na to samo chorzy?
Te same nad karkiem okrągłe urazy
Przez które do ziemi dar odpłynął boży -
Ale nie ma znaków, że to grób zarazy.
Jeszcze rosną drzewa, które to widziały,
Jeszcze ziemia pamięta kształt buta, smak krwi.
Niebo zna język, w którym komendy padały,
Nim padły wystrzały, którymi wciąż brzmi.
Ale to świadkowie żywi - więc stronniczy.
Zresztą, by ich słuchać - trzeba wejść do zony.
Na milczenie tych świadków może pan ich liczyć -
Pan powietrza i ziemi i drzew uwięzionych.
Oto świat bez śmierci. Świat śmierci bez mordu,
Świat mordu bez rozkazu, rozkazu bez głosu.
Świat głosu bez ciała i ciała bez Boga,
Świat Boga bez imienia, imienia - bez losu.
Jest tylko jedna taka świata strona,
Gdzie coś, co nie istnieje - wciąż o pomstę woła.
Gdzie już śmiechem nawet mogiła nie czczona,
Dół nieominięty - dla orła sokoła...
"O pewnym brzasku w katyńskim lasku
Strzelali do nas Sowieci..."
Jacek Kaczmarski
29.8.1985
O pewnym ranku w katyńskim lasku...
...co się stało?
Subskrybuj:
Posty (Atom)