piątek, 8 maja 2009

Dzień piąty

Dziś już piątek, aż trudno uwierzyć. Dziś przyjeżdża Papież. Przede mną 4 godziny czekania w biurze prasowym. Na szczęście jest darmowa kawa, herbata i słodycze. Oni tutaj jedzą dużo słodkości. Faceci też. Mnóstwo tutaj „cukierni”. Na pewno 10 razy więcej niż knajp z konkretnym jedzeniem, bo obiad – drogi czytelniku – dobry muzułmanin je w domu! Śniadanko zjadłam w hotelu. Herbata, dwa chlebki pita, dwa serki, jeden dżem, jako na twardo, biały serek, masło, ogórki i pomidory. Super. Tylko noża i widelca brać. Dzwoniłam do recepcji, ale nie donieśli. Pewnie nie zrozumieli, co to fork i knife, a tu zawsze przytakują, na wszystko się zgadzają, mówią OK i dalej nic nie rozumieją. Co mogłam zjadłam palcami. Pitę sobie smarowałam masłem i dżemem za pomocą łyżeczki do herbaty. Dobrze, że to chociaż było.
Siedzę i czekam w centrum prasowym. Trochę mi się zimno zrobili, bo rozkręcili klimę. Jeszcze 2,5 godziny do przyjazdu Ojca Świętego. Zdrzemnęłabym się chwilę, ale na szklanym stole jakoś tego nie widzę.
Dobra, biorę się za tłumaczenie jordańskiego Timesa. Choć po głowie chodzą mi te ich ciasteczka... Skusić się?

Pamiętacie, jaki widok z okna mialam w hotelu w Jerozolimie na Górze Oliwnej? To teraz mam taki:





Więcej fot już spoza hotelu postaram się wrzucić wieczorem, bo nie mam przy sobie ani kabla usb do aparatu ani czytnika kart pamięci, który pojechał na lotnisko witać Benedykta XVI.

Dzień czwarty

Dzień zaczął się pracą. Do 15. wysłaliśmy materiały i pojechaliśmy odebrać budge nasze. Potem bieg na stadion, coby sfotografować ołtarz i zdążyć go wysłać do redakcji. Po południu jedziemy na miasto coś zjeść. I żeby było w miarę czystko i koniecznie tanio. Łaziliśmy i łaziliśmy po ulicach centrum miasta. Co chwila ktoś mnie zaczepiał, pozdrawiał, machał. Nie czuję się tu bezpiecznie. Za dużo facetów, za mało kobiet. Trzymam się blisko chłopaków. Nie odważyłabym się samodzielną jazdą taksówką hihihi. Miasto jedna wielka górska kolejka. Raz idziemy pod stromą górę, raz wręcz spadamy w dół. Tak podjazdów nie widziałam nigdzie. Tu wszyscy jednak mają auta z automatyczną skrzynią biegów. Pewnie inne tu by nie zdały egzaminu. Ale dzięki automatowi, kierowcy w autach się nudzą, bo nie muszą zmieniać biegów, więc wysyłają smsy, obsługują 3 telefony, które mają w aucie, sprzątają w nim, układają papiery... No i jeżdżą – jak mówi nasz przewodnik – jak na wielbłądach – przepisy ruchu drogowego zdają się ich nie interesować. I trąbią, trąbią, trąbią. Ciągle. Na wszystko i na wszystkich. Męczące te jest:/
Ale po paru dziesięciu minutach chodzenia znaleźliśmy uliczkę z jedzeniem. Wygląda dobrze. Dużo mięsa, nikt nie pali, w miarę czysto. Kelner prowadzi nas do sali, która mam 170 cm wysokości... duszno, mi znowu już słabo... Nic, siadłam, pan włączył wiatrak, chłopaki głodni. Nie ma wyjścia, trzeba zostać. Jakoś dogadaliśmy się z kelnerem, bo karta tylko po arabsku. Ceny niewielkie. O to chodziło. Siedziałam akurat nad kucharzami, którzy grillowali mięso, piekli chlebki pita w piecu, szykowali dania... rękami... Ale tu się nic innego nie znajdzie. Kelner wreszcie przyniósł jedzenie – pyszne, naprawdę pyszne. Świeże, gorące, kolorowe, ładnie podane, aromatyczne. Mam nadzieję, że dziś też będzie otwarte, bo boję się jeść w innej knajpie... Ale nie wiadomo, bo piątek i sobota to ichniejszy łikend. I masz babo pitę:/
Potem już powrót do hotelu, chwile rozmów, łyk zimnego napoju i spać. Padam jak mucha.

Dzień trzeci

Śniadanie jemy jako ostatni w hotelu. A potem na dół. Z naszej Góry Oliwnej schodzimy do Doliny Jozafata, gdzie Papież będzie celebrował Eucharystię w przyszłym tygodniu. Zejście długie i strome. Po drodze mijamy cmentarz żydowski i kolejne sanktuarium - Dominus Flevit – Pan zapłakał nad kobietami jerozolimskimi. Schodzimy coraz niżej i niżej. Ogród Oliwny. To tu Jezus się modlił, a uczniowie posnęli. Jezu, obudź moje serce... I dwutysięczne grube drzewa oliwne. Dalej schodzimy w dół. Kolejne sanktuarium. I kolejne schody w dół. Znowu strach mnie ogarnia, ale idę. Miejsce, gdzie po zaśnięciu w wieczny sen, zostało złożone Ciało Maryi. Stąd zostało wzięte do Nieba. Wyszliśmy na górę. Miejsce zdrady Judasza. I rzymsko-katolicka kapliczka. Jak często Jezus jest dziś zdradzany? Wdrapujemy się dalej. Robimy zdjęcia ołtarza papieskiego. Do sanktuarium kamienowania św. Szczepana nie dam rady iść. Zostaje na ławce. Po chwili chłopaki wracają i czas wdrapywać się na Górę Oliwną. Trochę jesteśmy przerażeni. Idziemy. Taksówka za droga. Po drodze otwarty rosyjki klasztor prawosławnych mniszek. Możemy wejść, ale ja na moje niepobożne dżinsy muszę założyć czarną długą spódnicę. Chłopaki się śmieją, raczej na głowę! Zwiedzamy pięknie położony ogród i kaplicę. Znowu wdrapujemy się na górę. Potem w dół. I znowu pod stromą górę. Moje nogi i płuca ledwo to wytrzymują hehehe. Lata jazdy samochodem i zbyt dużo nadwagi dają się teraz we znaki. Ledwo, ledwo doszłam do hotelu. Odczułam każdy mięsień moich nóg. A potem już tylko pisanie. Sprawa prosta. Gorzej się do kogoś dodzwonić. Gorzej wysłać. Udało się. Pakowanie. Ruszamy w drogę.

Taksówka zabiera nas spod hotelu. Jedziemy na granicę izraelsko-jordańską. Tam przeprawa – mimo braku jakichkolwiek kolejek – trwa parę godzin! Kilka kontroli, opłaty, pytanie o gorączkę, kaszel i nierozumiany przeze mnie objaw. Zabrali nam bez słowa najpierw bagaże, potem paszporty. Przeprawa autobusem przez pas graniczny – szeroki jak nigdzie. No Meksyk. Ale jakoś nam się udało. Wrodzone poczucie humoru moich kolegów uprzyjemniało nam czas. Z granicy bierzemy taxi do hotelu. Kierowca z półki obok napisu „no smoking” sięga paczkę L&M-ów. Częstuje mnie, chłopaków. Sam se pali... Jedziemy pięknymi terenami. Zrobię zdjęcia jak będziemy wracać. Pustynia Judzka. Ale nie płaska. Górzysta. Piękna. I rozsypujące się domki Beduinów. Obok każdego kartonowego domku antena satelitarna, i czasem kartonowy garaż z mercedesem. Podobno zbudowali dla nich osiedle, ale po miesiącu wrócili na pustynię.

Dojeżdżamy do hotelu. Padam ze zmęczenia. Chłopaki pojechali na miasto. Ja zostałam, by pójść wcześniej spać.

[Słodycze mają wyborne! Właśnie sobie przyniosłam ciasteczka i kawę, by umilić sobie oczekiwanie. Chłopaki są na lotnisku. Pewnie głodni. Chyba przywiozę trochę tych słodkości do domu. No ale kupię przed odlotem]

Dzień drugi

Ziemia Święta jest piękna i straszna zarazem. Ja tam się boje takich tłumów ludzi innej kultury i obcym kraju. Ufam, że mój Anioł Stróż czuwa nade mną i bezpiecznie zrobię, co mam do zrobienia. Wczoraj był męczący dzień. Przeszliśmy miliony kilometrów. Najpierw odwiedziliśmy sanktuarium Pater Noster (Eleona) i Miejsce Wniebowstąpienia Jezusa. Potem poszliśmy na Stare Miasto. Najpierw jeszcze przed Bramą Damasceńską zjedliśmy nasz pierwszy posiłek, a była już 15! Posiłek też wiele pozostawiał do życzenia. Pan, który był w kuchni palił papierosy... matko, mam nadzieję, że się tu na coś nie pochoruję! Już zastanawiam się, czy nie przejść na pringlową dietę?!? W hotelu na szczęście jedzenie jest bardzo dobre, do kuchni dla świętego spokoju nie zaglądałam.

Dzień drugi był piękny dniem w sumie. Gdy dotarliśmy na Stare Miasto w Jerozolimie, poszliśmy na Via Dolorosa – Drogę Męki naszego Pana. Choć miasto od tamtych chwil było kilka razy przebudowywane, poszczególne stacje drogi krzyżowej zdają się być w autentycznych lub bardzo bliskich miejscach. Ciasnymi zatłoczonymi uliczkami wchodzi się na Golgotę. Po drodze mija tysiące straganów, na których można kupić tonę różnych rzeczy, gdzieniegdzie naprawdę nieprzyjemnie pachnie, słychać arabskie śpiewy i muzykę. O 15. rozbrzmiewają śpiewy muezinów, które na Starym Mieście się łączą i zagłuszają nawzajem. Docieramy do koptyjskiej kaplicy, gdzie jest cysterna, w której św. Helena znalazła krzyż, na którego Jezus został przybity, i gwoździe. Trzeba zejść głęboko pod ziemię, ciaśniutkim zejściem, gdzie nawet ja (a mam tylko 164 cm wzrostu) nie mogę iść wyprostowana. Mój mózg i serce odmawiają posłuszeństwa. Odzywa się klaustrofobia. Że to się zaraz zawali i zostanę tam na wieki (wolałabym zginąć/umrzeć w inny sposób). – Chłopaki, ja nie dam rady, wracam – wołam do towarzyszy. Wyszłam chyba zielona. Mnisi koptyjscy się uśmiechnęli. Pewnie nie raz to widzieli... Idziemy dalej Via Dolorosa. A w moim sercu pustka. Gadamy, żartujemy, kolega, który tu jest po raz enty, opowiada, przybliża historię tych miejsc. Bez modlitwy, bez poruszenia serca. Wchodzimy wreszcie do Bazyliki Grobu Bożego. W wielkiej kolejce, w której wszyscy się pchają, spieszą, prześcigają. Pewnie tak się spieszą by się modlić w miejscu, gdzie stał Krzyż Jezusa... ludzie milkną dopiero w momencie gdy klękają przed skałą! Panie Jezu, mi też trudno się tak modlić! Naucz mnie modlić się w trudnych warunkach! Naucz mnie w ogóle modlić się!
Uklękłam i zanurkowałam pod ołtarzem, by dotknąć skały. - Jezu, ulecz moje serce – tylko jedna modlitwa wyrwała mi się z serca. I tysiąc myśli. Ulecz moje serce ze smutku, z żalu, złości, lenistwa, złośliwości, martwienia się o rzeczy nieważne... Przemień moje serce na wzór Twojego!
Ciągle walczę ze sobą. Mam opory, by dotykać takich miejsc, które miliony dotykają, by wkładać rękę do święconej wody, by całować relikwie w relikwiarzach. Zaraz widzę miliony bakterii i zarazów... Brrr ale to samo mam w łazience hotelowej, żałowałam, że do walizki nie można pakować domestosa... Bym sobie wszystko umyła. Ale na szczęście mój organizm znosi to dobrze. Nie odmawia posłuszeństwa. Bogu dzięki. Wszak Jezus mówił, że będą jeść to co, zatrute, i nie będzie im szkodziło...
Potem zeszliśmy do miejsca namaszczenia ciała Jezusa. Pachnie olejkiem różanym. Pobożne kobiety z Rosji, padają na kolana i całują kamień. Kładą na nim krzyże, ikony, chusteczkami ścierają olejek z kamienia. Inna pobożność niż nasza. Dalej idziemy do Grobu. Wielka kolejka. Przyjdziemy w przyszłym tygodniu z rana.
Potem już tylko odpoczynek.
Idziemy na palestyńskie piwo. Potem hotelowa kolacja. Naprawdę smaczna!

Kosciól w ogrodzie Getsemani:



Dwutysięczne drzewo oliwne:



Papieski oltarz w Dolinie Jozafata:

wtorek, 5 maja 2009

Dzień pierwszy: fotki

Dzis był ciężki dzień. Na razie tylko foty (po kliknięciu na nie będą większe)

Widok z mojego okna w hotelu - Jerozolima Stare Miasto:



Droga na Golgotę:



Szczyt Golgoty - miejsce ukrzyżowania i smierci Pana Jezusa:



Chwila odpoczynku przy palestyńskim piwie:



Wieczór:

Początek

To nie było takie proste – dotrzeć tutaj, na szczyt Góry Oliwnej, z której roznosi się cudowny widok na całe Stare Miasto Jerozolimy. Siedzę w oknie mojego pokoju hotelowego i patrzę na tę Świętą Ziemię i wielbłąda. Ledwie mam siłę otworzyć oczy. Podróż była strasznie wyczerpująca. Najpierw lot do Frankfurtu. Krótki, spokojny, miły. Schody zaczęły się we Frankfurcie w czasie odprawy bardzo osobistej przed wejściem na pokład airbusa lecącego do Tel Avivu. Wszystko trzeba prześwietlić, obmacać czy w załamkach rękawa nie masz bomby czy innych materiałów wybuchowych, czy metalowe są na pewno fiszbiny od stanika, czy aby nie przypadkiem coś jeszcze. Poniżające i męczące. Już nie będę narzekać na kontrole w USA. Tam to był pryszcz! Tyle że buty kazali ściągać. Jak już nas wymacali, wsiedliśmy do najdłuższego samolotu świata. I momentalnie dostałam klaustrofobii. Setki osób, fotel na fotelu, a my jeszcze daleko od okna. Radości dodawał monitorek przed każdym pasażerem i długo wyczekiwane piwo. Lot minął znośnie. Ale zmęczenie dawało o sobie coraz bardziej znać. Potem już było coraz trudniej. Jazda autobusem do Jerozolimy, potem taksówka i wreszcie hotel. Była 5 rano. W hotelu ciężko znaleźć kogokolwiek. Pokój jest, ale nie ten. Drugi pokój. Już dobry. Z tym nieziemskim widokiem. Padłam w ubraniu, makijażu, nie myłam się wcale. Będzie ciężko. Ale jestem w Ziemi Jezusa. To najważniejsze.


Oo! przyszedł kolejny wielbłąd z leniwymi turystami, którzy na górę nie chcieli się wdrapywać pieszo... Ważnym plusem mieszkania na tej górze jest to, że na pewno tu schudnę. W każdym razie mieszkamy w jordańskim hotelu, niestety trochę nagryzionym zębem czasu. Halny mi tu huczy za oknem tak, że cala rama chodzi w te i we w te i tylko obawiam się, czy owe okno całe nie wypadnie. Ciekawostką hotelu „Siedem Łuków Jeruzalem” jest to, że nie ma w nim pokojówek, są tylko pokojówkarze, pokojowi (?), młodzi panowie, którzy w zielonych uniformach krzątają się po korytarzu z dobrze znanym wszystkim wózkiem.

Zerkam za okno. Widok mam imponujący. Te jakże dobrze znane obrazy! Tak blisko! Od razu przypominają się biblijne słowa o tym miejscu. Ziemia Jezusa. Ziemia Maryi. Zaraz idziemy zwiedzać, oglądać, fotografować. Śpiew muezina rozbrzmiał nad okolicą w południe, niczym dzwony na „Anioł Pański”. W sumie to dobry zwyczaj. Nie zapomnisz się pomodlić w ciągu dnia... A jak mało się modlimy w ciągu dnia! Jak mało ja się modlę. A taki muezin i mi – bądź co bądź rzymskiej katoliczce – przypomniał, by uwielbić Pana nieba i ziemi, Króla nad królami za to, że stworzył piękny świat i pozwolił mi tu bezpiecznie dotrzeć.

Nie wiem, gdzie się podziało zmęczenie i głód. Spałam może ze 4 godziny i to ciągle przerywane niepokojem nowego miejsca. Nie jadłam nic od kolacyjny w samolocie. Kurczak, zielona fasolka, trochę sałaty, pomidorek i pyszne ciasto z malinami! To musi mi wystarczyć na nie wiem, jak długo! Trochę boję się tu jeść. Czy mój żołądek dobrze zniesie tutejszy smak?

poniedziałek, 4 maja 2009

Wielkie pakowanie

Już za parę godzin Pyłek wybywa! Okazało się, że sąsiad Państwa Pyłkowych jest żydem i bardzo się cieszy, że Pyłek nawiedzi Izrael i Jordanię. Kazał Pyłkowi przywieźć mu... magnes na lodówkę z napisem "Amman". Dobra. Pyłek to załatwi!
Dobra, Pyłek idzie się pakować. Brrr Okropne zajęcie.