wtorek, 30 czerwca 2009

Nie, nie, nie!

Znaczy powinien tytuł brzmieć „tak, tak, tak”. Bo Pyłek kocha Kościół! Kościół przez duże „K”. Kościół, który założył Pan Jezus, Kościół, gdzie swoje miejsce ma Papież – obecnie wspaniały Benedykt XVI, biskupi, księża i wszystkie pyłki tej ziemi ochrzczone i te, co ochrzczone być pragną. Kościół świętych, którzy jak Joanna D`Arc walczą zaciekle o wolność i prawdę, świętych, którzy jak Faustyna w szarości dnia codziennego pokazują nam Boże Miłosierdzie przez służbę wobec biednych, kalekich, osieroconych dzieci i zagubionych w nałogach ludzi, świętych, którzy jak o. Pio niestrudzenie walczą o nasze dusze. Pyłek kocha Kościół grzeszników (wśród których pewnie pierwszy jest Pyłek), co nie wiedzą czasem, jak żyć mają, co nie wiedzą, gdzie jest prawdą, co Bogu nie dowierzają może… dla których są przykazania za trudne, a modlitwa za nudna… Pyłek kocha Kościół wszystkich szaraczków, co po prostu starają się dobrze żyć i nie wyróżniać w tłumie, i chcą czasem dobrze i czasem nie wychodzi. Bo w Kościele znajdzie się miejsce dla każdego, kto szczerze chce w nim być.

Spodobało się Jezusowi zbawiać nas nie inaczej jak przez Kościół. I proszę tu Pyłkowi nie imputować, że jakoby uważał, by było inaczej. Nie, nie, nie. Bo choć Pyłek wczoraj pisał, że nie najważniejsze są wizyty w sanktuariach, a prawdziwa łączność z Jezusem, żywym Bogiem, to jednak w domyśle miał Pyłek „w Kościele”. Może ten domysł nie był aż tak czytelny, jak wymagała by tego klarowność wypowiedzi… I tylko w Kościele znajdziemy pełne osobiste spotkanie z Bogiem – w sakramentach, a przede wszystkim w Eucharystii.

niedziela, 28 czerwca 2009

Ludzka życzliwość nie zna granic...

Pyłek ostatnio stronił od własnego bloga z prozaicznego powodu, że nic inteligentnego do powiedzenia nie miał. Nie to żeby wszystko, co było napisane, było na poziomie IQ co najmniej Dody, ale pisać, by pisać nie mam sensu, bo się okaże, że czytać, by czytać nie będzie komu! Choć w sumie podobno bloga pisze się dla siebie, nie dla uznania publiki, to jednak Pyłka cieszy każda dusza, co przed Bogiem i ludźmi przyzna się do podglądania Pyłkowego bloga.

Więc Pyłek ostatnio cierpi na brak inteligentnych pomysłów, bo wypruwa sobie żyły w pracy. Nie ma szefa Pyłka. Pyłek sam uprawia poletko. Więc pracy jest dwa razy więcej. Nie to, żeby Pyłek narzekał, nie, ale, zawsze jest jakieś ale, Pyłek dziś miał wredny dzień.

W sumie w Kościele zarówno polskim, jak i powszechnym działo się wiele. Nie dość, że na prawdę było, o czym pisać, o czym milczeć z braku miejsca, a szkoda!, to jeszcze wieczorem nasz kochany Papież Benedykt XVI ogłosił na zakończenie Roku św. Pawła, że archeolodzy watykańscy zrobili badania, jakieś lasery, bajery i izotop węgla C13 i co się okazało? Potwierdziło się prawdopodobnie przypuszczenie i dwu tysiącletnia wiara Kościoła, że pod Bazyliką św. Pawła za Murami w Rzymie leżą szczątki Apostoła Narodów. Pyłek napisał o tym, bo to nawet ciekawe, choć przecież nie pewne na 100 %, bo DNA Pawła nie mają. Ale. Ale zaraz ktoś w redakcji wymyślił, żeby to na czołówkę dać. Pyłek się zbuntował, bo już w domu z synem siedział, a do tego Pyłek nie uważa tego, za coś czołówkowego. No ale Pyłkowi się za to oberwało. Wrrr. Niesprawiedliwie. Bo jak się jest jedyną osobą w dziale na tę chwilę, to zawojować świata się nie da.

Ale gdyby to było istotne, to by Pyłek zawojował, a przynajmniej by próbował, bo jednak Pyłek lubi swoją pracę. Ale Pyłek nadal uważa, że to dla osoby mającej pisać o wierze, to mniej istotne. To info dla archeologów bardziej niż teologów. Bo wiara to nie relikwie, to nie miejsca święte, to nie odwiedzenie sanktuariów, bazylik, nawet Golgoty, Ziemi Świętej, ale to żywa łączność z Chrystusem, to relacja z Bogiem, to radykalna przemiana życia dla Niego. Z całym szacunkiem, ale znalezienie szczątków Apostoła, czy raczej "prawdopodobne potwierdzenie dwu tysiącletniej wiary w to, że tam jest", nic nie zmienia w moim szacunku do tego świętego, nie wyjaśnia mi jego pism, nie przybliża mi jego przesłania. Kocham go jak kochałam go wcześniej.

Ale w ludzi trzeba wierzyć, choć wbijają szpile, gdy tylko odwrócisz oczy... bo nawet kaktus, jak zechce, to zakwitnie!

niedziela, 14 czerwca 2009

Pyłek miał urlop

Pyłek cieszy się właśnie ostatnimi godzinami urlopu. Pyłkowe dziecię śpi. Telewizor się popsuł. Po ulewnych dniach wyszło słońce. Pięknie jest.
Pyłek ostatnio nieobecny był w wirtualnym świecie, a to z racji tej, że siostra Pyłkowa przybyła do kraju tego mlekiem i miodem płynącego, czyli deszczem i wiatrem. A że siostra przybywa 2 razy do roku, w porywach trzy, czas cały trzeba było po brzegi wypełnić różnymi zbożnymi lub mniej zajęciami. Tak więc najwięcej czasu spędzały na zakupach, piciu kawy i piwa (Pyłek piwa nie pił, bo ciągle za kierowcę robił), kupowaniu i jedzeniu. Normalnie się Pyłek przejadł ostatni tydzień... Pobyt u dziadków dziecięcia Pyłkowego źle służy odchudzaniu... A Pyłek przecież musi! No nic. Teraz będzie się trza wziąć do roboty.

A roboty jest dużo, bo Pyłek postanowił zrobić salon! Tak. Pyłek z Panem Mężem od dawna mieszka we własnym gniazdku, które jest nawet urządzone, nie wliczając salonu, tfuu pokoju dziennego, bo do salonu mu dużo metrów brakuje:/ No ale ważne, że własne, tffuuuu bankowe. Ważne, że prawie własne.

W każdym razie zakupione zostały zasłonki, farba stoi i czeka, listwy przypodłogowe też, karnisze do wyżej wymienionych zasłonek też. Wszystko jest, tylko trza czekać, aż czas się i ochota znajdą! A znaleźć się muszą i kropka! Pyłek ma dość tymczasowości własnego salonu i tłumaczenia owej każdemu gościowi, a takowych przybywa!

Zatem, do roboty!

niedziela, 24 maja 2009

Pyłek pyłkowi wilkiem

Pyłek ostatnio zaniedbał własnego bloga, co było do przewidzenia. Powrót do normalnej rzeczywistości zawsze jest dla Pyłka trudny, bo Pyłek stałość lubi. A do tego normalna rzeczywistość jest trudna. Szef egoista. Ma w nosie nie tylko Pyłka, ale także osoby spoza jego działu i bez najmniejszego oporu wykorzystuje je do swoich egoistycznych celów. Sąsiedzi egoiści. W sobotę wieczorem, już po 18. wzięli się za wiercenie dziur w ścianach, co Pyłek uważa za czyste chamstwo, bo wiadomo, że w sobotę wieczorem to każdy albo odpoczywa, albo się bawi i słuchanie wiertarki i jęków cierpiącej ściany nikogo nie kręci. Dziecię egoista. Cały dzień żąda mamusinego bądź tatusinego „lapoka” do prywatnej li tylko przyjemności oglądania ulubionego serialu w Internecie na jutubie, w jakości niegodnej ludzkiego oka.

A przecież wszyscy jesteśmy pyłkami we wszechświecie. Nikt nie lepszy czy gorszy, nikt nie ma więcej praw niż inni, ani mniej. Jak przyszliśmy, tak przeminiemy. Nie zabierzemy do grobu ani złotych monet - i nie ważne czy zdobytych uczciwie czy nie, ani ukradzionego innym czasu, ani radości z nieszczęścia innych... Czyż nie lepiej karmić swoją duszę dobrem, pięknem, miłością, przyjaźnią? A przynajmniej uczciwością i sprawiedliwością?
Pyłkowi żal ludzi pełnych gniewu, nienawiści do innych i egoizmu, zapatrzenia się we własne czarne serce, a nawet tylko poczerniałe.

Pewnie zaraz padnie pytanie, czy Pyłek sam nie jest egoistą. A i owszem, Pyłek odpowie, że tak, bo każdy nim być powinien w pewnym stopniu, choć może ideałem chrześcijańskiej ascezy jest postawa bycia prochem, nie pyłkiem, bo pyłek to jednak aspiruje w górę, a proch już nie… W każdym razie Pyłek jest egoistą, gdy wylegiwując się na kanapie, prosi współmałżonka o to i owo, by podał, gdy zjada cichaczem ostatni kęs pysznego ciasta, gdy zagarnia dla siebie większą część ciepłej kołdry…
I tak Pyłek w swoją prywatną niedzielę, jaką była wczorajsza sobota, nie odpoczął wcale. Bardziej się zmęczył raczej i dziś musiał w tak wyduźdanym stanie stawić się pracy. Pyłek liczy tylko jeszcze na chwilę przytulenia do Jezusowego serca w czasie wieczornej Eucharystii i ma nadzieję, że wieczór już będzie piękny.

poniedziałek, 18 maja 2009

Dom, domek, domeczek

Jak dobrze być w domu! Pyłek dawno tak się nie cieszył z pobytu w domu, jak teraz. Z własnego łóżka i własnej łazienki. Z sympatycznych sąsiadów, którzy czekali razem z Panem Mężem i Dziecięciem, by Pyłka powitać w kraju. Pyłka zawiało daleko, może za daleko. Może Pyłek się starzeje... ehehhehe Następnym razem wyjeżdża Pyłek tylko ze swoimi chłopakami, nie z obcymi!

Dziś Pyłka w pracy wszyscy pytali, jak było "na wycieczce"?!? Nie dość, że Pyłek spał po 6 godzina na dobę, a do w miarę normalnego funkcjonowania Pyłek potrzebuje minimum 10! Nie dość, że jedzenie Pyłkowi bardziej szkodziło niż wspomagało i brzuch Pyłka średnio co drugi dzień stawał się polem jakiejś poważnej bitwy. Nie dość, że Pyłek nie dojadał i przez to był słaby jak na porządnego Pyłka przystało i czasem ledwo wlókł swoje cinkie kończyny dolne pod górę, a gór w Ziemi Świętej nie brakuje. Nie dość, że pracował non spot przez 15 dni, bez chwili wytchnienia i niemyślenia o robocie, to jeszcze przyjdzie taka dziumdzia, co nos z redakcji wystawia raz na dwa lata i pyta się o wakacje Pyłka! Noż, Pyłek myślał, że kopnie w cztery litery! Ładna mi wycieczka. Wrrr Udusić, wytarmosić za uszy, wysłać kopniakiem na taką wycieczkę!

Znaczy Ziemia Święta jest piękna. Widoki, którymi Pyłek nakarmił oczęta i serce, na długo pozostaną w pamięci Pyłka... Ale... Ale po pierwsze nie było czasu na głębszą refleksję, na modlitwę, na dotknięcie tej Piątej Ewangelii, a po drugie nie było sensu pyłkowego życia - dwóch panów... I masz babo Pyłka. A każdy Pyłek - jak wiadomo powszechnie - bez sensu życia jest bezsensowny, marudny, zagubiony, złośliwy i wredny.

Niestety, Pyłkowe blogowanie ma jeden bardzo negatywny skutek (może ma więcej, ale na razie Pyłek o tym nie wie). Mianowicie, Pyłek nie ma ochoty opowiadać o swoich wojażach. Umysł Pyłka zarejestrował wywnętrznienie i koniec bomba, kto nie czytał, ten trąba. A trąb jest wiele, bo adres Pyłkowych wywodów jest tajny i zdecydowanie więcej go nie zna, niż zna. Amen.

A tu Pyłkowa radość - kwiatki w Pyłkowym ogródku:

niedziela, 17 maja 2009

Dzień dwunasty – koniec męki

Wstałam o świcie, wcale nie bez trudu, na umówioną 7.30 na śniadanie. Dziś trzeba wcześniej, bo wcześniej zaczynają się punkty programu papieskiego. Wykąpałam się, spakowałam, naszykowałam, wypachniłam, wymalowałam, 3 razy się przebrałam, bo okazało się, że mam zbyt jeszcze spalone rączki (choć już nie bolą wcale), by zakładać krótki rękaw. Pukam do drzwi moich towarzyszy niedoli. I co?
Siedząc na lotnisku w Zurychu napisałam tu końcówkę, ale coś źle zrobiłam i szlag to trafił. Nic, tak wyraźnie miało być!
Amen

piątek, 15 maja 2009

Dzień jedenasty

Już jestem bardzo zmęczona, choć ten dzień był najmniej męczący. Wieczorem nie bolało mnie nic a nic. Ani stopy, ani mięśnie, ani spalone betlejemskim słońcem rączki, ani brzuch, ani żołądek, ani głowa. Nic. Gdyby nie zawalone uczuleniem oko – byłoby idealnie. Ale i tak jestem zadowolona i tryskam energią. Dzień cały Boży spędziliśmy w centrum prasowym. Praca. Praca. Praca. Nie wydarzyło się nic szczególnego, oprócz wielkiej kłótni moich kolegów. Kolega numer jeden, z którym już nieraz jeździłam na różne wyjazdy, kłócił się z kolegą numer dwa, z którym jestem po raz pierwszy, więc dopiero obserwuję jego zachowanie i wyciągam pierwsze wnioski. Kolega numer jeden to naprawdę fajny facet, którego bardzo lubię. Możemy sobie pogadać, powygłupiać się, pożartować, pośmiać się. Ale to pryszcz, bo z kolegą numer dwa też można to robić. Ale kolega numer jeden ma wielką przewagę, którą sobie bardzo cenię u ludzi. A mianowicie troszczy się o innych. Sam pomyśli, jak może pomóc, jak sprawić przyjemność, jak podzielić się z towarzyszem niedoli tym, co ma. Wszystko robi bezinteresownie. Widzi, że druga osoba się źle czuje, pyta, szuka pomocy, pomoże. Z taką osobą dobrze wyjeżdżać na takie delegacje, bo człowiek wie, że w razie czego ktoś mu pomoże. Natomiast kolega numer dwa jest trochę inny. Idzie do przodu, nie odwracając się do tyłu, czy reszta wycieczki też idzie. Nie widzi problemów. On ma PLAN i przyjechał tu, by go wykonać. Nawet za cenę jakiegoś dobra innych. I nie znoszę takiej postawy. Nie znoszę nie myślenia o innych. Nie mówię o całym wielkim świecie. Mówię o tych, z którymi pracujemy, z którymi przebywamy w tym momencie 24 godziny na dobę, z którymi jemy wszystkie posiłki, z którymi pracujemy i odpoczywamy po ciężkim dniu. Nawet jeżeli wcześniej byliśmy sobie obcy, już tacy nie jesteśmy. No więc w owej kłótni musiałam poprzeć kolegę numer jeden i jakoś go wesprzeć. Bo kurde felek przyjechał tyle kilometrów tutaj, by się nudzić. Super.
W każdym razie jak już kłótnia się skończyła, kolega numer dwa oddalił się od nas, chyba na chwilę refleksji, choć nie wiem, a my z kolegą numer jeden udaliśmy się do hotelu. Tym razem udało się bez problemów.
I ot nudy u mnie.

A urodziny męża przeżyłam z dala od niego. A 33 lata to nie przelewki!