Znowu śnił mi się szpital. Już nie mam siły. Po takiej nocy jestem od nowa rozbita.
Potem przyszedł czas na pracę. Jechałam tam z drżeniem serca. Ale ludzie powitali mnie bardzo serdecznie. Część mnie wyściskała nawet. To było miłe bardzo. Usłyszałam, że w dobrym momencie wróciłam, bo jest sporo pracy. Na szczęście zmienili mi trochę rodzaj pracy, znaczy odebrali mi kawał odpowiedzialności, z czego się bardzo cieszę, bo wreszcie praca przestanie mi odbierać sen:D Dostałam nowe biurko, bo moje stare zostało zaanektowane przez pannę A. Na zdrówko:D
Ja się przeniosłam na drugą część sali, gdzie mam dużo słońca, nie będą już siedziała pod jarzeniówką i piekła się jak kurczak na rożnie:D Do tego będę siedzieć z dala od mojego szefa, co też jest miłe:D
Może będzie lepiej. Jakoś przetrwam:D
środa, 13 października 2010
wtorek, 12 października 2010
Trzymajcie kciuki!
No. Mam zaświadczenie o lekarza medycyny pracy, że mogę pracować. Trzymajcie kciuki. Jutro pierwszys dzień. Może być ciężko. Nie wiem tylko jak dojadę do pracy, bo mam po drodze remont drogi:/
niedziela, 10 października 2010
A jednak będzie ciężko
Momentami chcę już wrócić do pracy. Zobaczę się z paroma wspaniałymi ludźmi, zajmę się robotą i normalnym życiem. Prawdopodobnie to już we środę, jak pan listonosz łaskawie przyniesie mi list polecony, w którym jest zaświadczenie od mojej pani doktor, że mogę pracować, a nasz listonosz to inna bajka, o której może kiedy indziej napiszę. W każdym razie mimo pewnych plusów powrotu do pracy, mój organizm się buntuje, co widać po moich dłoniach. W nocy zaczęły mnie potwornie swędzieć, a to znak, że z nerwów, których chyba sobie do końca nie uświadamiam, uwolniła się histamina... I teraz mam prawą dłoń całą w ranach, bo to już była druga taka noc.
Nie wiem, jak to będzie. Boję się kolejnych akcji, problemów z szefem egoistą i nie daj Boże pytań o powód mojej nieobecności...
Nie wiem, jak to będzie. Boję się kolejnych akcji, problemów z szefem egoistą i nie daj Boże pytań o powód mojej nieobecności...
czwartek, 7 października 2010
Powrót odwleczony
Miałam dziś wrócić do pracy. Już się cała stresowałam, bo raz moja praca sama w sobie jest stresująca, dwa - mój egoistyczn szef mnie stresuje, a trzy - nie wiem, czego sie spodziewać po ludziach. Czy oni wiedzą co się stało, oficjalnie nie mówilismy o ciąży, a jednak ponad 2-miesięczną nieobecność w pracy trudno tak po prostu wyjaśnić...
W każdym razie... nie poszłam do pracy, bo potrzebuję zaświadczenie od lekarza, że się do tej pracy nadaję... A czy się rzeczywiście nadaje??? Nie wiem. Szczerze mówiąc to bardzo w to wątpię, źle śpię, mam ciągłe wahania nastroju, codziennie jak zasypiam, mam przed oczami szpital... śnią mi się lekarze, przychodnie, szpitalne sale... Jakiś koszmar... Niech ten cholerny rok się skończy!
W każdym razie... nie poszłam do pracy, bo potrzebuję zaświadczenie od lekarza, że się do tej pracy nadaję... A czy się rzeczywiście nadaje??? Nie wiem. Szczerze mówiąc to bardzo w to wątpię, źle śpię, mam ciągłe wahania nastroju, codziennie jak zasypiam, mam przed oczami szpital... śnią mi się lekarze, przychodnie, szpitalne sale... Jakiś koszmar... Niech ten cholerny rok się skończy!
niedziela, 3 października 2010
Wyjaśnienie...
Założyłam sobie tego bloga, by dawać upust różnym emocjom, by pisać o tym, co dla mnie ważne, emocjonujące czy ciekawe... Oczywiście życie pokazało, że czasu brak, bardzo brak, by ze wszystkim nadążyć. Może, gdybym była mniej leniwa, lepiej zorganizowana, byłoby lepiej. Pewnie tak...
Ale myślę, że muszę tu wrócić, bo muszę wylać z siebie cały ból, jaki zalewa moje serce.
Byłam w ciąży. Jak to strasznie boli. Spodziewałam się dziecka. I nieważne, że było maleńkie, że nie miało centymetra wzrostu, że nie miało rączek i nóżek, że bardziej było drugą kreską na teście ciążowym czy po prostu świadomością, że jest...
Od początku czułam się źle. Zupełnie inaczej niż z pierwszym dzieckiem, no ale przecież każda ciąża jest inna. Oczywiście w pracy mój szef orzekł, że się obijam i zapewne jemu na złość siedzę sobie na dupie na zwolnieniu... no przecież powiedziałam kiedyś po ciężkim dniu w pracy, że jak zajdę w ciążę, to od razu pójdę na zwolnienie... no zapamiętał chłopak i na drugi dzień mojego zwolnienia poleciał z tym do szefowej... no to znaleźli od razu kogoś na moje miejsce, awansowali dziewczynę z inengo działu, posadzili przy moim biurku... Choć mówiłam w pracy, że ciąża jest poważnie zagrożona i że mogę szybko wrócić. Bo ja kurde czułam, że będzie źle... Nie miałam siły się modlić. Modliłam się, ale chyba te modlitwy dla innego dziecka zostały policzone. Moje zmarło.
Ciągle myślę, czy nie zrobiłam czegoś źle, czy za mało o nas dbałam, może za mało chciałam tego dziecka, może za mało je kochałam? No dobra, bałam się znowu pieluch i nieprzespanych nocy. A teraz tak bym chciała, by jakaś mordka darła się przez 3 godziny na moich rękach z powodu kolki... Mogłabym ją tulić, i nosić, i nie spać, i jeść ryż i gotowaną pierś kurczaka... A teraz zostałam sama, bez mojego Maluszka. Kto Go przutuli?
Ale myślę, że muszę tu wrócić, bo muszę wylać z siebie cały ból, jaki zalewa moje serce.
Byłam w ciąży. Jak to strasznie boli. Spodziewałam się dziecka. I nieważne, że było maleńkie, że nie miało centymetra wzrostu, że nie miało rączek i nóżek, że bardziej było drugą kreską na teście ciążowym czy po prostu świadomością, że jest...
Od początku czułam się źle. Zupełnie inaczej niż z pierwszym dzieckiem, no ale przecież każda ciąża jest inna. Oczywiście w pracy mój szef orzekł, że się obijam i zapewne jemu na złość siedzę sobie na dupie na zwolnieniu... no przecież powiedziałam kiedyś po ciężkim dniu w pracy, że jak zajdę w ciążę, to od razu pójdę na zwolnienie... no zapamiętał chłopak i na drugi dzień mojego zwolnienia poleciał z tym do szefowej... no to znaleźli od razu kogoś na moje miejsce, awansowali dziewczynę z inengo działu, posadzili przy moim biurku... Choć mówiłam w pracy, że ciąża jest poważnie zagrożona i że mogę szybko wrócić. Bo ja kurde czułam, że będzie źle... Nie miałam siły się modlić. Modliłam się, ale chyba te modlitwy dla innego dziecka zostały policzone. Moje zmarło.
Ciągle myślę, czy nie zrobiłam czegoś źle, czy za mało o nas dbałam, może za mało chciałam tego dziecka, może za mało je kochałam? No dobra, bałam się znowu pieluch i nieprzespanych nocy. A teraz tak bym chciała, by jakaś mordka darła się przez 3 godziny na moich rękach z powodu kolki... Mogłabym ją tulić, i nosić, i nie spać, i jeść ryż i gotowaną pierś kurczaka... A teraz zostałam sama, bez mojego Maluszka. Kto Go przutuli?
czwartek, 1 lipca 2010
Paranoja absurdem ganiana:)
No i dziś się okazało, że i mój szanowny małżonek nie dostał urlopu... Noż Pani i Władczyni naszego życia widocznie uznała, że zostawienie kilkuletniego dziecka samego w domu na jakieś 8 godzin to dobre rozwiązanie! Ja już szanownego męża uprzedziłam, że wezmę dziecko do pracy, bo Pani i Władczyni naszego marnego żywota została poinformowana, że nasz wybór tego a nie innego terminu urlopu nie jest podyktowany naszym egoistycznym widzimisię, planami pływania jachtem po Morzu Śródziemnym ani wycieczką na Karaiby, choć oczywiście mógłby być, bo co komu do tego, co ja w czasie urlopu robię, ale podyktowany był prozaicznym faktem zamknięcia przedszkola na czas krótkiego remontu. Niestety, nie mamy babci na emeryturze, która mogłaby się zająć naszym szkrabem, więc pozostaje nam jedno! Przyuczanie Syna do jego przyszłego zawodu od razu w redakcji:D
Panie Jezu, patrzysz i nie grzmisz? Ulituj się nad nami, robaczkami redakcyjnymi...
Panie Jezu, patrzysz i nie grzmisz? Ulituj się nad nami, robaczkami redakcyjnymi...
wtorek, 29 czerwca 2010
Zmiany, zmiany, zmiany...
Muszę wrócić na mojego bloga, by dać upust emocjom związanym z moją cudną pracą:D Musicie także i Wy, jeżeli jeszcze tu zaglądacie, Drodzy Czytelnicy, tak jak ja zakosztować absurdów mojego obecnego życia!
Mówię absurdów i już się śmieję, ale jeszcze parę dni temu płakałam z bezradności i wściekłości... To, co się dzieje, przechodzi bowiem wszelkie pojęcie. W mojej pracy dzieją się okropne rzeczy. Pracuję tam wiele lat i ja, naiwna, wierzyłam, że tak nie jest... Normalnie ostatni czas sprowadził mnie na ziemię. Moja szefowa uważa się panią i władczynią naszych marnych losów. Żeby to jeszcze było władztwo Salomonowe, to jakoś bym to zniosła, bo lubię słuchać mądrzejszych od siebie. Ale to władztwo jest iście niszczycielskie... Zniszczyła we mnie, choć pewnie i nie tylko, całą miłość do tej pracy, całą pasję, całe zaangażowanie. Już nawet nie wzrusza mnie fakt, że kolejna karteczka z moją wpadką wpadła do mojej teczuszki. Wybitnie rozbawiło mnie też dzisiejsze odrzucenie mojego podania o urlop zaległy, bo nie wykorzystałam urlopu zaległego... i nie dostanę urlopu póki go nie wykorzystam:D
Panie Jezu, rozumiem, że karzesz odebraniem zdrowego rozsądku?
Mówię absurdów i już się śmieję, ale jeszcze parę dni temu płakałam z bezradności i wściekłości... To, co się dzieje, przechodzi bowiem wszelkie pojęcie. W mojej pracy dzieją się okropne rzeczy. Pracuję tam wiele lat i ja, naiwna, wierzyłam, że tak nie jest... Normalnie ostatni czas sprowadził mnie na ziemię. Moja szefowa uważa się panią i władczynią naszych marnych losów. Żeby to jeszcze było władztwo Salomonowe, to jakoś bym to zniosła, bo lubię słuchać mądrzejszych od siebie. Ale to władztwo jest iście niszczycielskie... Zniszczyła we mnie, choć pewnie i nie tylko, całą miłość do tej pracy, całą pasję, całe zaangażowanie. Już nawet nie wzrusza mnie fakt, że kolejna karteczka z moją wpadką wpadła do mojej teczuszki. Wybitnie rozbawiło mnie też dzisiejsze odrzucenie mojego podania o urlop zaległy, bo nie wykorzystałam urlopu zaległego... i nie dostanę urlopu póki go nie wykorzystam:D
Panie Jezu, rozumiem, że karzesz odebraniem zdrowego rozsądku?
Subskrybuj:
Posty (Atom)