sobota, 25 grudnia 2010

Niech Bóg obdarzy Cię swoją łaską!


To nie była stajenka - to była stajnia
To nie był żłóbek - to był żłób
To nie było sianko - to było siano
To nie był "Jezusek" - to był Jezus
To nie jest bajka - to jest prawda
To nie jest zwyczaj - to jest wydarzenie
To nie jest opowieść - to Twoje życie
...

nie szukaj zasług, za które należy Ci się Jego przyjście - nie znajdziesz
nie próbuj wyjaśnić, jak to się stało - nie uda Ci się
nie staraj się świętować - przeżyj to
nie oglądaj się na innych - Bóg patrzy wprost w Twoje oczy
zatrzymaj się i uklęknij ... na Twoich oczach rodzi się Bóg ... zmienia
Twoją historię
...

To nie są życzenia - to jest błogosławieństwo dla Was wszystkich, którzy podczas wichrów tego świata dotrzecie na tego bloga!

Pyłek z nieba

sobota, 18 grudnia 2010

Mieć to smutek...

Wczoraj podszedł do nas pod centrum handlowym chłopak młody, może miał ze 22 lata... i prosi o coś do jedzenia lub pieniądze... bezdomny, biedny... zaczęłam się pytać, jak do tego doszło... zmarli rodzice, wdał się w bójkę, nie zapłacił grzywny, wylądował w wiezieniu... na 3 lata. Wyszedł , nie miał gdzie mieszkać, pojechał do mopsu... tak okradli go z resztek rzeczy, które miał... do tego ma cukrzyce... Tak mi go strasznie żal, tak nie mogę przestać o nim myśleć... Dlaczego my mamy to szczęście, ze mamy normalne życie... mamy bliskich, którzy się nami zaopiekują, możemy spać spokojnie, bo nikt obok nam krzywdy nie zrobi...

Z drugiej strony przypominają się słowa Koheleta... marność nad marnościami, wszystko marność. Zbieramy rzeczy, kupujemy tone prezentów, dziesiąte pudełko klocków lego, dziesiątą torebkę i piąty rodzaj bombek. A to wszystko marność, to wszystko to nic. Nic z tego nie daje nam prawdziwego szczęścia i sensu. Bo nawet ten pięciolatek wolałby bawić się pierwszym pudełkiem lego z mamą i tatą, niż dziesiątym sam. Zresztą nawet jak i dziesiątym bawi się z mamą i tatą, to czy to dziesiąte pudełko sprawia, że jest szczęśliwszy?

Zdaję sobie sprawę, że brak pewnych rzeczy, może być przyczyną prawdziwego nieszczęścia i wielu problemów, dlatego tak strasznie żal mi tego spotkanego wczoraj chłopaka, ale akurat ja i moja rodzina, nie ma takiego powodu do nieszczęścia. Mamy mieszkanie, samochód, płaski telewizor i różne piękne przedmioty, za które jestem Bogu wdzięczna, bo sprawiają, że nasze życie jest wygodne, spokojne i uporządkowane, zwłaszcza w taką pogodę jak teraz, codziennie Bogu dziękuję, że mam prawo jazdy i samochód... I pewnie, że ciężko by było wyrzec się teraz wszystkiego, ale może potrzeba jednak się opanować, przestać kupować rzeczy, przestać zapełniać te metry kwadratowe pod dachem...

Przypomina mi się święta Teresa. Gdy zakładała kolejny klasztor, musiała się wprowadzić do domu wraz z kilkoma siostrami, w którym nie było dosłownie niczego. Siostry spały na sianie, przykryte jedną kołdrą. W kilka dni okoliczni dobroczyńcy przynieśli im łóżka, kołdry i inne potrzebne sprzęty. I święta choć wzruszona była dobrym sercem ludzi, to wraz z siostrami odczuwała głęboki smutek, że to ich ubóstwo się kończy. I to dało mi do myślenia. Jak ja odczułabym smutek, gdyby zabrano mi ten komputer, samochód albo ulubioną torebkę. jak bardzo jestem uzależniona od tych rzeczy. Jak łatwo mnie zranić, skoro jestem tak przywiązana to rzeczy marnych. Jak bolało mnie, gdy sąsiad porysował mi moje auto! Ile smutku mnie czeka, jak tych rzeczy zabraknie!

Marność nad marnościami, wszystko marność. Jak używać rzeczy, by nie być przez nie zniewolonym? Jak żyć, by nie dać się wciągnąć to szaleństwo posiadania?

piątek, 3 grudnia 2010

Święta Teresa? Super babka!

Ostatnio wieczory spędzam na czytaniu dzieł św. Teresy od Jezusa... Teraz czytam "Księgę fundacji". Cudowna książka. I wcale nie nudna ani ciężka, jak wielu by się spodziewało po tak wielkiej świętej. Odkąd pamiętam, kochałam św. Teresę od Dzieciątka Jezus, jest taka swojska, jej droga wydaje się jasna i prosta. Widocznie, by zabrać się za dzieła Teresy Wielkiej trzeba nabrać odwagi... heheh Ja nabrałam po obejrzeniu filmu o niej, który leciał niedawno na HBO bodajże. Film kontrowersyjny. Choć ładnie pokazuje problem życia zakonnego trzynastowiecznej Hiszpanii, to jednak mistycyzm świętych kobiet został zupełnie niezrozumiany przez reżysera lub celowo przekłamany, by film zyskał popularność. Chyba zamiar się nie udał, bo film jakoś głośny nie był hehehe. W każdym razie pokazuje, jak Teresa pragnąca jak największego zjednoczenia z Jezusem zawiedziona była stanem klasztoru, do którego wstąpiła. Gdzie na porządku dziennym był podział na siostry lepsze i gorsze, lepsze miały nawet służące, lepsze jedzenie, warunki i stroje, o klauzurze dawno zapomniano i wielu innych zasadach życia zakonnego zapomniano. Teresa pragnie powrotu do ścisłej reguły założycieli Karmelu i podejmuje się odnowy zakonu najpierw części żeńskiej, potem męskiej. To w skrócie. Mnie natomiast uderza jej ogromna pokora, której mi tak strasznie brakuje, i niesamowity realizm. Choć jest obdarzona wielkimi łaskami od Jezusa, nawet ma różne wizje, patrzy tak niesamowicie trzeźwo na świat, na życie, na relacje międzyludzkie. Choć nade wszystko kocha Jezusa, w życiu codziennym jest twardo stąpającą po ziemi babką, która robi wszystko, by zapewnić otwierać nowe klasztory, zapewnić swoim siostrom godziwe warunki, pomóc jeszcze tym, którzy tego potrzebują. A najbardziej się uśmiałam jak wychwalała pod niebiosa pokorę jednej inteligentnej siostry, która z posłuszeństwa sadziła w ogródku przyklasztornym zepsutego ogórka, bo Teresa - by wypróbować jej posłuszeństwo - kazała jej go zasadzić, bo na może coś z niego wyrośnie. hehehe

Mąż mój, choć dobrze zaznajomiony z mymi dziwnymi pasjami, dziwactwami dnia codziennego i innymi przywarami, z ciężkim jednak zdziwieniem patrzył, jak chichram się niemiłosiernie, czytając takie poważne na pierwszy rzut oka księgi. Pomyślał najwyraźniej, że oszalałam, bo moich jasnych wyjaśnień o ogórku nie zrozumiał ani trochę nie wiedzieć czemu.

W każdym razie nie dalej jak wczoraj czytałam o tym, jak święta musiała iść do niezbyt przychylnego im urzędnika prosić o pozwolenie na otwarcie klasztoru. Stanęła przed nim z wyznaniem, że choć szalone jest to, że tyle kobiet pragnie w ubóstwie i ogromnym wyrzeczeniu oddać swoje życie Jezusowi, to jeszcze bardziej szalone jest im w tym przeszkadzać. I tak mnie tknęło, że ciągle za mało szalona jestem dla Jezusa. Ciągle za bardzo małostkowa w stosunkach z bliźnimi, zwłaszcza z moim szefem, którego samo imię podnosi mi ciśnienie. Ciągle jestem za mało prostolinijna i otwarta na ludzi.

W każdym razie jutro jadę do Torunia, więc będę miała okazję się poćwiczyć w cnotach;)
Trzymajcie kciuki!

sobota, 6 listopada 2010

Zagryźć zęby i przetrwać

Kolejny tydzień dobiegł końca. Jak dobrze. Im szybciej czas teraz płynie, tym lepiej. Już bardzo bym chciała, by ten okropny rok się skończył. Szkoda, że nie da się wymazać z naszej pamięci za dotknięciem palca tego, co bolało, co raniło, co rozrywało serce… Takie rany jednak w nas po coś pozostają. Bo gdyby z korzyścią dla nas było wymazywanie z pamięci tego, co było przykre, bolesne, koszmarne, to na pewno Pan Bóg by tak nas zaplanował, że byłoby to możliwe. Jednak nie jest.

Mój szef doprowadza mnie do szału. Ochrzanił mnie wczoraj za jedno przekręcone zdanie w tekście, jakbym co najmniej jakąś herezję napisała. Wściekłam się i zareagowałam agresywnie. Ale nie powinnam była. Ale kurde, mną pomiata, a do innych do kurde to milutki. Ale nic, zagryzę zęby, będę się uśmiechać i jakoś wytrzymam... Mam nadzieję, że nie będę musiała długo tak funkcjonować. Jest mi strasznie przykro, naprawdę, bo nie wiem, czym sobie zasłużyłam na takie traktowanie. Rozumiem, że przez moją ciążę, mój szef nie wziął urlopu, ale... Ale każdy ma w d... drugiego, taki świat przecież jest, mój szef nie będzie inny.

Panie, Jezu, jak dobrze, że jesteś!

sobota, 23 października 2010

Pełen tydzień za mną:D

Minął pierwszy tydzień pracy:) Generalnie jest mi lepiej. Chyba jednak powrót mi dobrze zrobił. Mam zajęcie, nie mam czasu na płacze, jęki i rozpamiętywanie... Śnią mi się piękne sny... Parę dni temu śniło mi się, że kupujemy mieszkanie nad samym morzem, z pięknym tarasem... w Warszawie hihihi No Bogu dzięki nie śni mi się ten cholerny szpital!
W tym tygodniu miałam dużo wypadów na miasto, więc za dużo w redakcji nie siedziałam, co też miłe:D
No i spadł na mnnie pierwszy śnieg! Co prawda z deszczem, ale niesmak pozostał hihihi

środa, 13 października 2010

To był dziwny dzień

Znowu śnił mi się szpital. Już nie mam siły. Po takiej nocy jestem od nowa rozbita.

Potem przyszedł czas na pracę. Jechałam tam z drżeniem serca. Ale ludzie powitali mnie bardzo serdecznie. Część mnie wyściskała nawet. To było miłe bardzo. Usłyszałam, że w dobrym momencie wróciłam, bo jest sporo pracy. Na szczęście zmienili mi trochę rodzaj pracy, znaczy odebrali mi kawał odpowiedzialności, z czego się bardzo cieszę, bo wreszcie praca przestanie mi odbierać sen:D Dostałam nowe biurko, bo moje stare zostało zaanektowane przez pannę A. Na zdrówko:D
Ja się przeniosłam na drugą część sali, gdzie mam dużo słońca, nie będą już siedziała pod jarzeniówką i piekła się jak kurczak na rożnie:D Do tego będę siedzieć z dala od mojego szefa, co też jest miłe:D

Może będzie lepiej. Jakoś przetrwam:D

wtorek, 12 października 2010

Trzymajcie kciuki!

No. Mam zaświadczenie o lekarza medycyny pracy, że mogę pracować. Trzymajcie kciuki. Jutro pierwszys dzień. Może być ciężko. Nie wiem tylko jak dojadę do pracy, bo mam po drodze remont drogi:/