sobota, 6 listopada 2010

Zagryźć zęby i przetrwać

Kolejny tydzień dobiegł końca. Jak dobrze. Im szybciej czas teraz płynie, tym lepiej. Już bardzo bym chciała, by ten okropny rok się skończył. Szkoda, że nie da się wymazać z naszej pamięci za dotknięciem palca tego, co bolało, co raniło, co rozrywało serce… Takie rany jednak w nas po coś pozostają. Bo gdyby z korzyścią dla nas było wymazywanie z pamięci tego, co było przykre, bolesne, koszmarne, to na pewno Pan Bóg by tak nas zaplanował, że byłoby to możliwe. Jednak nie jest.

Mój szef doprowadza mnie do szału. Ochrzanił mnie wczoraj za jedno przekręcone zdanie w tekście, jakbym co najmniej jakąś herezję napisała. Wściekłam się i zareagowałam agresywnie. Ale nie powinnam była. Ale kurde, mną pomiata, a do innych do kurde to milutki. Ale nic, zagryzę zęby, będę się uśmiechać i jakoś wytrzymam... Mam nadzieję, że nie będę musiała długo tak funkcjonować. Jest mi strasznie przykro, naprawdę, bo nie wiem, czym sobie zasłużyłam na takie traktowanie. Rozumiem, że przez moją ciążę, mój szef nie wziął urlopu, ale... Ale każdy ma w d... drugiego, taki świat przecież jest, mój szef nie będzie inny.

Panie, Jezu, jak dobrze, że jesteś!

sobota, 23 października 2010

Pełen tydzień za mną:D

Minął pierwszy tydzień pracy:) Generalnie jest mi lepiej. Chyba jednak powrót mi dobrze zrobił. Mam zajęcie, nie mam czasu na płacze, jęki i rozpamiętywanie... Śnią mi się piękne sny... Parę dni temu śniło mi się, że kupujemy mieszkanie nad samym morzem, z pięknym tarasem... w Warszawie hihihi No Bogu dzięki nie śni mi się ten cholerny szpital!
W tym tygodniu miałam dużo wypadów na miasto, więc za dużo w redakcji nie siedziałam, co też miłe:D
No i spadł na mnnie pierwszy śnieg! Co prawda z deszczem, ale niesmak pozostał hihihi

środa, 13 października 2010

To był dziwny dzień

Znowu śnił mi się szpital. Już nie mam siły. Po takiej nocy jestem od nowa rozbita.

Potem przyszedł czas na pracę. Jechałam tam z drżeniem serca. Ale ludzie powitali mnie bardzo serdecznie. Część mnie wyściskała nawet. To było miłe bardzo. Usłyszałam, że w dobrym momencie wróciłam, bo jest sporo pracy. Na szczęście zmienili mi trochę rodzaj pracy, znaczy odebrali mi kawał odpowiedzialności, z czego się bardzo cieszę, bo wreszcie praca przestanie mi odbierać sen:D Dostałam nowe biurko, bo moje stare zostało zaanektowane przez pannę A. Na zdrówko:D
Ja się przeniosłam na drugą część sali, gdzie mam dużo słońca, nie będą już siedziała pod jarzeniówką i piekła się jak kurczak na rożnie:D Do tego będę siedzieć z dala od mojego szefa, co też jest miłe:D

Może będzie lepiej. Jakoś przetrwam:D

wtorek, 12 października 2010

Trzymajcie kciuki!

No. Mam zaświadczenie o lekarza medycyny pracy, że mogę pracować. Trzymajcie kciuki. Jutro pierwszys dzień. Może być ciężko. Nie wiem tylko jak dojadę do pracy, bo mam po drodze remont drogi:/

niedziela, 10 października 2010

A jednak będzie ciężko

Momentami chcę już wrócić do pracy. Zobaczę się z paroma wspaniałymi ludźmi, zajmę się robotą i normalnym życiem. Prawdopodobnie to już we środę, jak pan listonosz łaskawie przyniesie mi list polecony, w którym jest zaświadczenie od mojej pani doktor, że mogę pracować, a nasz listonosz to inna bajka, o której może kiedy indziej napiszę. W każdym razie mimo pewnych plusów powrotu do pracy, mój organizm się buntuje, co widać po moich dłoniach. W nocy zaczęły mnie potwornie swędzieć, a to znak, że z nerwów, których chyba sobie do końca nie uświadamiam, uwolniła się histamina... I teraz mam prawą dłoń całą w ranach, bo to już była druga taka noc.
Nie wiem, jak to będzie. Boję się kolejnych akcji, problemów z szefem egoistą i nie daj Boże pytań o powód mojej nieobecności...

czwartek, 7 października 2010

Powrót odwleczony

Miałam dziś wrócić do pracy. Już się cała stresowałam, bo raz moja praca sama w sobie jest stresująca, dwa - mój egoistyczn szef mnie stresuje, a trzy - nie wiem, czego sie spodziewać po ludziach. Czy oni wiedzą co się stało, oficjalnie nie mówilismy o ciąży, a jednak ponad 2-miesięczną nieobecność w pracy trudno tak po prostu wyjaśnić...

W każdym razie... nie poszłam do pracy, bo potrzebuję zaświadczenie od lekarza, że się do tej pracy nadaję... A czy się rzeczywiście nadaje??? Nie wiem. Szczerze mówiąc to bardzo w to wątpię, źle śpię, mam ciągłe wahania nastroju, codziennie jak zasypiam, mam przed oczami szpital... śnią mi się lekarze, przychodnie, szpitalne sale... Jakiś koszmar... Niech ten cholerny rok się skończy!

niedziela, 3 października 2010

Wyjaśnienie...

Założyłam sobie tego bloga, by dawać upust różnym emocjom, by pisać o tym, co dla mnie ważne, emocjonujące czy ciekawe... Oczywiście życie pokazało, że czasu brak, bardzo brak, by ze wszystkim nadążyć. Może, gdybym była mniej leniwa, lepiej zorganizowana, byłoby lepiej. Pewnie tak...
Ale myślę, że muszę tu wrócić, bo muszę wylać z siebie cały ból, jaki zalewa moje serce.

Byłam w ciąży. Jak to strasznie boli. Spodziewałam się dziecka. I nieważne, że było maleńkie, że nie miało centymetra wzrostu, że nie miało rączek i nóżek, że bardziej było drugą kreską na teście ciążowym czy po prostu świadomością, że jest...

Od początku czułam się źle. Zupełnie inaczej niż z pierwszym dzieckiem, no ale przecież każda ciąża jest inna. Oczywiście w pracy mój szef orzekł, że się obijam i zapewne jemu na złość siedzę sobie na dupie na zwolnieniu... no przecież powiedziałam kiedyś po ciężkim dniu w pracy, że jak zajdę w ciążę, to od razu pójdę na zwolnienie... no zapamiętał chłopak i na drugi dzień mojego zwolnienia poleciał z tym do szefowej... no to znaleźli od razu kogoś na moje miejsce, awansowali dziewczynę z inengo działu, posadzili przy moim biurku... Choć mówiłam w pracy, że ciąża jest poważnie zagrożona i że mogę szybko wrócić. Bo ja kurde czułam, że będzie źle... Nie miałam siły się modlić. Modliłam się, ale chyba te modlitwy dla innego dziecka zostały policzone. Moje zmarło.

Ciągle myślę, czy nie zrobiłam czegoś źle, czy za mało o nas dbałam, może za mało chciałam tego dziecka, może za mało je kochałam? No dobra, bałam się znowu pieluch i nieprzespanych nocy. A teraz tak bym chciała, by jakaś mordka darła się przez 3 godziny na moich rękach z powodu kolki... Mogłabym ją tulić, i nosić, i nie spać, i jeść ryż i gotowaną pierś kurczaka... A teraz zostałam sama, bez mojego Maluszka. Kto Go przutuli?