A teraz już po wszystkim. Choinka się sypie, choć sprzedawca twierdził, że nie będzie. Czekoladowe renifery i mikołaje dawno zjedzone, winko kupione na święta wypite do dna... Ech, teraz najgorszy czas przed nami. Przynajmniej dla mnie. Zimno, śnieżno, ciemno i nawet Bożego Narodzenia już nie będzie. Dobrze, że łikend idzie, zostanę w domu, odpocznę, odsapnę, nabiorę sił i dystansu do pracy. Bo ta mi ostatnio daje w kość. Nie, nie dlatego, że pracuję więcej, to akurat dobrze. Ale brak jasności, brak ładu i składu. Chaos. Przychodząc rano do pracy, nie wiem, czego się spodziewać. heheh Śmiesznie jest. Czasem robię tematy, które dla mnie są kosmosem. No coż, czasem i tak trzeba.
Dziś pisałam o Wietnamie. Policja przyjechała na cmentarz, by zburzyć krzyż. Prawie tysiąc funkcjonariuszy uzbrojonych po zęby przyjechało, by burzyć krzyż. Z psami. Przeciwko grupce katolików, którzy na kolanach błagali, by krzyża nie wysadzać. Katolików brutalnie pobito, krzyż wysadzono w powietrze. Ot, dzień w Wietnamie. Jak my tu sobie spokojnie żyjemy. Dyskusje z czytelnikami "Wybiórczej" to maksymalny wysiłek, jaki musimy czynić w obronie krzyża.
Dobrze mamy, dobrze mam. Narzekać nie mam na co. No może na podłogę, która za szybko się kurzy, na siebie, że zbyt dużo snu potrzebuję, by normalnie funkcjonować, na śnieg, który utrudnia wszystkim normalne życie. hhehhe
A teraz po tych błyskotliwych myślach kilka wspomnień z Wigilii:
